piątek, 29 sierpnia 2014

Ogłoszenia parafialne!

Witajcie moi drodzy.
Pojawiam się z dobrą (przynajmniej tak mi się wydaje), ale i złą wieścią.
No to na początek zła:
Nie mam zamiaru w najbliższym czasie kończyć "I wanna be your dreamcatcher". Cholernie mi głupio z tego powodu i strasznie was przepraszam.
A teraz ta chyba dobra wiadomość:
Ostatnio wpadłam na cholernie głupi pomysł. Zapewne wszyscy słyszeliście o książce "50 twarzy Greya". Co wy na to, żeby stworzyć z tego frerardowe opowiadanie? Będę je pisała z Gumi, a jak wiadomo my mamy nieziemski talent, szczególnie do pornosów (niewtajemniczonych odsyłam do: Porno 1 oraz Porno 2 ). Jak wiadomo książka  jest w dużej mierze o seksie, a wiem, że kochacie frerardowe porno, dlatego wam to proponuje.
Wyobraźcie sobie Gerarda, jako bogatego biznesmena, pragnącego mieć kontrolę nad wszystkimi, oraz Franka, który jest zwykłym studentem dorabiającym w sklepie. Dwa różne światy się spotykają.
Jesteście tym zainteresowani? Piszcie! Nie jesteście? To... też piszcie. Nic innego nie mogę wam zaproponować.
Z Gumi nawet zaczęłyśmy trochę pisać i idzie nam świetnie XD
Czekam na jakieś wasze komentarze. Jeśli nic nie napiszecie to i tak prawdopodobnie w najbliższym czasie wstawię jakiś krótki rozdział na próbę.
Tak czy inaczej, kocham was i mam nadzieję, że wybaczycie moją wakacyjną przerwę.

xoxo Demolition Puppy

poniedziałek, 7 lipca 2014

One Shot. "Take my fucking hand and never be afraid again."



 Dzień dobry, cześć i czołem!
Jest pierwsza w nocy, a ja właśnie skończyłam pisać tego shota.
Mi osobiście się nie podoba, ale Gumi uznała, że nie jest najgorszy. A ponieważ dawno nic nie dodawałam, to uznałam, że może wypada dać wam chociaż byle gówno.
W każdym razie Shot jest na podstawie filmu "Nieznajomi", który bardzo mi się spodobał. Swoją drogą chyba tracę wenę, skoro cały czas się czymś inspiruję.
Nie wiem kiedy wrócę z "I wanna be your dreamcatcher", o ile wrócę. Po dłuższych przemyśleniach uznałam, że to opowiadanie jest bezsensu. Brawo Aga, jesteś geniuszem zła!
W każdym razie... Smutno, krwawo i niepotrzebnie.
P.S. Pozdrowienia dla Gumi, tej głupiutkiej kluski, która mówi, że mam to dodać. Jeśli wam się nie spodoba to obwiniajcie ją :c A tak na serio to kc Gumi XD <3 I czekam na twoje ff, krowo jedna :/
______________________________________

Ta noc była wyjątkowo zimna. Mimo, że był czerwiec i wszyscy spodziewali się prażącego słońca i ciepłych nocy, to pogoda ich zawiodła i przyniosła ulewy i niskie temperatury.
Leśną drogą , ciemnym samochodem jechało dwóch chłopaków. Czarnowłosy kierowca, o oliwkowych oczach, starał się skupić na drodze, ale było widać, że jednocześnie myślami jest gdzie indziej. Jego towarzysz- również o kruczoczarnych włosach, spoglądał przez boczną szybę, a na jego policzkach widniało kilka łez. Od kiedy tylko wsiedli do auta, nie zamienili ze sobą ani jednego słowa.
-Daleko jeszcze?- przerwał panującą ciszę pasażer i cicho pociągnął nosem
-Nie.- mruknął kierowca
W końcu zatrzymał samochód pod domem, stojącym na obrzeżach lasu. Obydwoje rozejrzeli się po okolicy, a po chwili ruszyli w stronę dużego budynku. Kierowca otworzył drzwi i wpuścił towarzysza przodem.
-Dom jest udekorowany przeze mnie i Mikey'go. No bo wiesz... To wszystko miało inaczej wyglądać, Frank.- odezwał się kierowca i westchnął
Frank spojrzał zdezorientowany na chłopaka, a później dokładnie rozejrzał się po salonie, w którym aktualnie się znajdowali. Pokój był niewielki, ale przytulny. Na regałach stało mnóstwo książek, a na półkach przeróżne pamiątki, jednak nie na to miał zwracać uwagę. Czarna kanapa została obsypana płatkami róży, a na stoliku stojącym przed nią, znajdowały się dwie małe świeczki. Frank ponownie spojrzał na chłopaka, jednak on wyszedł z pomieszczenia, prawdopodobnie kierując się do kuchni. Nie do końca wiedząc co ze sobą zrobić, postanowił powędrować za nim. Gdy tylko przekroczył próg kuchni, otworzył szerzej oczy i z zachwytem patrzył co przygotował jego chłopak Gerard i jego brat. Niewielki stół został przykryty białym obrusem, na którym postawiono trzy duże świeczki i również obsypano go płatkami róży.
On się tak namęczył, a ja wszystko zepsułem., przeszło mu przez myśl.
Dzisiaj (chociaż jest po 3, więc wczoraj) byli na ślubie znajomych. Później na weselu świetnie się bawili, tak jak reszta gości. W pewnym momencie, kiedy Frank rozmawiał z panną młodą, podszedł do niego Gerard. Przeprosił i pociągnął chłopaka za rękę w stronę wyjścia.
-Dokąd mnie zabierasz?- zapytał roześmiany Frank
-Zobaczymy.- odparł z uśmiechem Gerard
Zatrzymali się przy parkingu i poczekali, aż spacerujący tam goście sobie pójdą. Cały czas uśmiechali się do siebie i patrzyli sobie w oczy, jak typowa zakochana para.
-Wiesz, że cię kocham, prawda?- szepnął Gerard i delikatnie chwycił Franka za ręce
-Wiem. Ja ciebie też.- odparł czarnowłosy i kąciki jego ust ponownie powędrowały do góry
Ich usta na moment się złączyły, jednak Gerard nie pozwolił by ten pocałunek trwał zbyt długo. Frank wyraził swoje niezadowolenie robiąc swego rodzaju grymas. Jego chłopak zareagował na to cichym śmiechem, jednak całkiem szybko spoważniał.
-Frank?
-Tak?
Gerard spojrzał na ich złączone dłonie i delikatnie uśmiechnął się pod nosem. Po kilku sekundach spojrzał w oczy swojego ukochanego i w końcu zapytał o to, co go dręczyło:
-Wyjdziesz za mnie?
Teraz, gdy stał w kuchni patrząc na ten pięknie zastawiony stół, westchnął głośno. Wolał nawet nie wiedzieć, co w tej sytuacji musiał czuć Gerard. Aktualnie jego ukochany krzątał się po kuchni niczym duch, delikatnie jeżdżąc opuszkami palców po poszczególnych meblach, tak jakby sprawdzał czy jest na nich kurz.
-Jeśli nie masz nic przeciwko, to chciałbym wziąć kąpiel.- odezwał się nieśmiało Frank
-Łazienka jest tam.- wskazał obojętnie ręką Gerard. Po chwili opuścił kuchnię i ponownie udał się do salonu. Włożył do odtwarzacza jakąś płytę i już po chwili spokojna melodia piosenki wypełniła głuchą ciszę domu.
Frank poszedł do łazienki i nawet tam czekała na niego niespodzianka. W wannie także były płatki róż, na półkach stało mnóstwo małych świeczek, a na brzegu wanny czekał szampan. Przez moment nawet chciał zawołać Gerarda, aby przyszedł i dołączył się do kąpieli, jednak uznał, że to bezsensu. Oboje musieli trochę ochłonąć.
Napełnił wannę gorącą wodą i powoli się rozebrał, cały czas zastanawiając się, jak naprawić sytuację. Wszedł do wody i westchnął. Nie był gotowy na małżeństwo. Z jednej strony ich wiek był całkiem odpowiedni na ślub, jednak coś go blokowało.
Gerard w tym czasie korzystając z chwili swobody, wyjął telefon i zadzwonił do swojego brata by opowiedzieć mu jak wygląda sytuacja, oraz by prosić go żeby przyjechał po niego rano.
-Cześć Mikey.- odezwał się po tym jak włączyła się poczta głosowa- Nie poszło po mojej myśli.- wziął głęboki oddech i przetarł oczy.- Mógłbyś przyjechać po mnie rano? Auto zostawiam Frankowi.- chciał coś jeszcze dodać, ale ostatecznie jednak się rozłączył.
Udał się do kuchni, którą tak perfekcyjnie udekorował z bratem. No i po co?
Wyjął z lodówki zimne piwo i usiadł przy pięknie przygotowanym stole. Wyciągnął z kieszeni spodni zapalniczkę i zapalił sobie świeczki. To wszystko miało inaczej wyglądać. Frank miał odpowiedzieć "Tak" i teraz powinni, albo jeść tutaj razem romantyczny posiłek, albo brać razem kąpiel. Razem. Tymczasem siedzą osobno, niby tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Po kilku minutach w butelce nie było już ani kropelki piwa. Siedział bezczynnie wpatrując się tępo w zapalone świeczki. Po kilku minutach na krześle na przeciwko niego usiadł Frank. Z jego włosów nadal skapywały pojedyncze kropelki wody.
-Przepraszam, nie jestem gotowy.- rzekł Frank, po kilkuminutowej ciszy. Na szczęście nie było aż tak spokojnie, gdyż ciągle grała muzyka włączona przez Gerarda.
Chłopak nie doczekał się odpowiedzi ze strony swojego ukochanego. Po kilku kolejnych minutach w nieprzyjemnej atmosferze Frank wstał ze swojego krzesła i podszedł do Gerarda. Delikatnie pogładził go po włosach, zastanawiając się co teraz powinien zrobić. Cała ta sytuacja była bynajmniej niezręczna dla ich obu. Chwilę później Gerard wstał i podszedł do lodówki po kolejne piwo. Nim je otworzył, Frank podszedł do niego i mocno się w niego wtulił. Jego ukochany przez chwilę stał wmurowany, jednak już po chwili jego ręce objęły chłopaka, przyciągając go jeszcze bliżej siebie.
-Kocham cię, Gerard.- szepnął Frank i wtulił się w ramię czarnowłosego.
Tę jakże cudowną chwilę przerwało pukanie do drzwi. Szybko oderwali się od siebie i posłali sobie zdziwione spojrzenia. Kiedy pukanie ponowiło się, tym razem z większą siłą, spoglądnęli w stronę drzwi. Zegar wskazywał godzinę czwartą nad ranem. Nikt normalny nie kręciłby się po tak opustoszałej okolicy o czwartej rano.
Gerard powoli ruszył w stronę drzwi, a Frank tuż za nim. Pukanie powtórzyło się jeszcze raz. Oddech obu chłopaków odrobinę przyspieszył- w końcu nie mieli pojęcia kto czai się po drugiej stronie drzwi. W końcu Gerard otworzył drzwi i oboje dostrzegli stojącą przed nimi dziewczynę. Było cholernie ciemno, więc nie mogli jej się aż tak przyjrzeć, ale po budowie ciała z łatwością rozpoznali, że to kobieta.
-Zastałam może Alice?- spytała niemal od razu
-Chyba pomyliła pani domy.- odparł czarnowłosy i chciał zamknąć drzwi
-Na pewno?
-Tak, na pewno.- mruknął i nie czekając na jakiekolwiek słowa dziewczyny, zamknął drzwi i odwrócił się w stronę Franka. Usłyszeli jak zbiega po schodach i odetchnęli z ulgą.
-To było dziwne.- stwierdził Gerard, na co jego chłopak przytaknął głową. Stali jeszcze chwilę w przedpokoju, odrobinę zakłopotani, jednak po chwili oboje wrócili do kuchni. Ponownie usiedli naprzeciwko siebie, zupełnie jakby byli dla siebie całkiem obcy. Czar sprzed kilku minut kompletnie znikł. Frank wyjął z kieszeni paczkę papierosów, jednak ta okazała się być pusta.
-Kurwa.- mruknął pod nosem, przez co Gerard spojrzał na niego pytająco.- Skończyły mi się fajki.- wyjaśnił
-Mogę podjechać na stację i ci kupię.- zaproponował chłopak i delikatnie się uśmiechnął
-Nie trzeba. Z resztą jestem zmęczony i chyba pójdę spać.
-Wiem, że nie zaśniesz bez tego papierosa.
-Ale spróbuję.- odwzajemnił uśmiech Frank
Jednak te słowa tak jakby nie docierały do jego chłopaka, bo ten już szukał kluczy do samochodu. Kiedy je znalazł ruszył w stronę drzwi, a Frank podreptał za nim.
-Te co zawsze?- upewnił się Gerard, a czarnowłosy przytaknął głową. Chwycił już klamkę od drzwi, ale na moment odwrócił się i czule pocałował chłopaka w czoło.
-Wróć szybko.- szepnął tylko Frank, a po chwili jego ukochany wyszedł z domu
Został sam w tej wszechogarniającej go pustce. Zaczął spacerować po mieszkaniu, wsłuchując się w melodię kolejnej piosenki z płyty. Stawiał powolne kroki na cholernie skrzypiących deskach i przyglądał się poszczególnym rzeczom. W ciągu dalszym był zachwycony tym co przygotował Gerard, jednak nie umiał tak po prostu powiedzieć "Tak". Zaczął się zastanawiać co teraz z nimi będzie.
Nagle w domu zapanowała kompletna cisza i oprócz tykającego zegara czy kroków chłopaka, nie było niczego słychać. Nie przeszkadzało mu to zbytnio, więc kontynuował zwiedzanie domu. Jego uwagę najbardziej przyciągnęła komoda, na której stało mnóstwo zdjęć oprawionych w ramkę. Najbardziej spodobało mu się jedno, na którym był Gerard i jego brat Mikey. Wziął je do ręki i przyglądał się z bliska, gdy nagle usłyszał donośne pukanie do drzwi. Tak go to zaskoczyło, że aż zdjęcie wypadło mu z rąk i z hukiem uderzyło o podłogę. Chciał je podnieść, ale wtedy ponownie usłyszał pukanie, tylko tym razem o wiele mocniejsze. Z mocno bijącym sercem podszedł do drzwi i nie otwierając ich zapytał "Kto tam?". W odpowiedzi usłyszał tylko "Zastałam Alice?", na co westchnął i odparł, że nie. Usłyszał jak kobieta schodzi ze schodów i chciało mu się zaśmiać z własnej naiwności. Mógł się jej tutaj spodziewać. Wrócił pod komodę i chciał w końcu jednak podnieść zdjęcie, co chyba nie było mu dane, bo tym razem usłyszał stukanie z drugiej strony domu. Odrobinę przerażony nawet nie chciał sprawdzać co to było. Zostawił zdjęcie na podłodze i wyjął telefon. Ku jemu zdziwieniu po odblokowaniu ekranu ukazała mu się informacja, że bateria jest wyczerpana.
-Kurwa.- rzucił pod nosem i rozejrzał się
Po kilku minutach poszukiwań udało mu się znaleźć pasującą ładowarkę. Szybko podłączył ją do gniazdka i w kontaktach wyszukał numer swojego chłopaka.
-Gerard? Za ile będziesz?
-Za jakieś 15 minut, a co? Aż tak pragniesz tych fajek?- usłyszał wymuszony śmiech Gerarda
-Nie. Znowu przyszła ta dziewczyna. Chyba się kręci wokół domu.
-Co? Spokojnie, przecież nic ci nie zrobi. Drzwi są pozamykane i okna też.- próbował uspokoić Franka
-Proszę, pospiesz się.- wydusił tylko i rozłączył się
Położył telefon na stoliku i podszedł do drzwi by upewnić się, że są zamknięte. W istocie- były zamknięte, tak samo jak okna. Popadał w jakąś paranoję. Poszedł do kuchni i nalał sobie do szklanki trochę wody. Gerard za niedługo wróci i już będę się czuł bezpieczniej, pomyślał i udał się do salonu. Rozsiadł się na kanapie, w jednej ręce trzymając wodę, a w drugiej jeden z płatków róży. W ciągu dalszym był na siebie trochę zły, ale starał się o tym nie myśleć. Przypomniał sobie, że na podłodze w ciągu dalszym leży zdjęcie Gerarda z bratem. Podniósł się z kanapy i spojrzał w stronę komody. Kilka sekund zajęła mu realizacja, że zdjęcia nie ma na podłodze, tylko stoi niedbale na komodzie. Bez zastanawiania się pobiegł do kuchni i przeszukał szafki w poszukiwaniu jakiegoś ostrego noża. W końcu wyjął jeden i z mocno bijącym sercem udał się do sypialni, aby tam schować się w oczekiwaniu na Gerarda. W drodze jednak ponownie usłyszał jakieś stukanie. Tym razem jednak wiedział, że tajemniczy stukot dochodzi z okna, zasłoniętego przez zasłony. Postanowił jakimś gestem pokazać tej dziwnej dziewczynie, że ma się stąd wynosić. Serce w ciągu dalszym waliło mu jak oszalałe, ale udało mu się ze swego rodzaju odwagą podejść do okna. Szybkim ruchem odsłonił je i niemal w tym samym momencie odskoczył od niego jak poparzony. Nie dostrzegł tej opętanej dziewczynki, tylko kogoś w swego rodzaju worku na głowie z wycięciami na usta i oczy. Frank szybko zasłonił okno i pobiegł do sypialni, modląc się w duchu, żeby Gerard już był przy nim. Usiadł przy łóżku, ściskając kurczowo w ręce nóż.
Wtem na korytarzu usłyszał czyjeś kroki. Przerażony skierował swoje drżące ręce w stronę drzwi, żeby w razie czego móc się obronić. Po jego policzkach spłynęło kilka łez, których nawet nie próbował ocierać.
-Frank? Gdzie jesteś?- usłyszał głos ukochanego
Szybko zerwał się z podłogi i ciągle trzymając nóż w rękach, otworzył drzwi i wybiegł na spotkanie z Gerardem. Kiedy tylko go dostrzegł, poczuł się o wiele bezpieczniej. Pełne bezpieczeństwo poczuł dopiero wtedy, kiedy mocno wtulił się w chłopaka.
-Co się stało?- spytał Gerard, spoglądając na nóż w ręce czarnowłosego
-Ktoś... Ktoś jest pod domem.- odparł i pociągnął nosem.- W domu chyba też.
Gerard spojrzał na chłopaka i przerażenie malowało się na jego twarzy. Jednak szybko pokiwał przecząco głową, mrucząc coś pod nosem, więc Frank był pewny, że jego ukochany uważa tę historię za zwykłą bujdę. Ale przynajmniej tu był, a to wystarczyło.
I wtedy ponownie usłyszeli stukanie do okna.
-Dobra to już nie jest śmieszne.- mruknął Gerard i spojrzał z lekkim zdenerwowaniem w stronę okna.- Dzwoń po gliny.
Frank podszedł do stolika i dostrzegł, że jego telefon gdzieś zniknął. Na wszelki wypadek posprawdzał kieszenie, choć był pewny, że nie odłączał telefonu od ładowarki.
-Nie mam go.- powiedział do czarnowłosego lekko łamiącym się głosem
-Ja zostawiłem swój w aucie.- westchnął. Po kilku sekundach podszedł do Franka i zabrał z jego ręki nóż.- Zaraz wracam.
-Nie idź tam!
-A mam jakieś wyjście?
Nie zwracając uwagi na prośby chłopaka, Gerard opuścił dom i powoli zakradł się do auta. Frank zagryzał wargę i z niecierpliwością czekał na powrót czarnowłosego.
Tymczasem Gerard zaskoczony dostrzegł, że jego samochód ma włączony silnik, mimo tego, że go wyłączył. Rozejrzał się dookoła, jednak nikogo nie zauważył. Przełknął głośno ślinę i mocniej ścisnął nóż w dłoni. Paranoja Franka zaczęła mu się udzielać. Zajrzał do wnętrza pojazdu. Jeśli jego pamięć go nie myliła, to telefon zostawił na przednim siedzeniu. Tam go jednak nie było. Usiadł na miejscu kierowcy i ręką zaczął grzebać gdzieś po podłodze, jednak i tam nie znalazł. Nie pozostało mu nic innego, jak po prostu wrócić do domu. Rozejrzał się i gdy nikogo nie dostrzegł, szybko pobiegł do budynku. Zamknął drzwi i odetchnął z ulgą. Frank niemal od razu pojawił się w przedpokoju i wysłał mu pytające spojrzenie.
-Nie mam telefonu. Chodź, biegniemy do auta i spieprzamy stąd.- zaproponował i wyciągnął rękę w stronę ukochanego. Ten niepewnie chwycił ją, wpierw bardzo delikatnie, a później bardzo mocno.- Gotowy?- kiedy Frank kiwnął głową, Gerard pociągnął go i razem szybko pobiegli do auta. Obydwoje westchnęli, gdy szczęśliwie znaleźli się w samochodzie. Gerard szybko uruchomił silnik i zaczął wyjeżdżać. Nagle jednak w uliczkę wjechał jakiś terenowy samochód, całkowicie blokując im drogę wyjazdową. Ich nadzieja rozprysła się jak bańka mydlana.
-Co to za samochód?- zapytał przerażony Frank i spojrzał na kierowcę. Ten jedynie pokręcił głową, na znak, że nie ma pojęcia. Nim Gerard zdążył cokolwiek zrobić, tajemniczy samochód ruszył do przodu, uderzając w tył auta, w którym siedzieli chłopcy.
-Wysiadamy i biegiem do domu!- rozkazał Gerard i szybko wyskoczył z pojazdu. Zaczął biec w stronę domu i zauważył, że Frank biegnie zaraz za nim. Wpadli do budynku i od razu zamknęli drzwi.
Nie wiedząc co zrobić, spanikowani mocno przytulili się do siebie, cicho płacząc. Oboje bali się i nie dało się tego ukryć. Byli na pustkowiu, całkowicie odcięci od świata, a dookoła ich domu kręciło się kilku jakiś psychopatów.
W swoich ramionach próbowali się jakoś uspokoić i poczuć bezpiecznie, ale czy w takiej sytuacji można mówić o bezpieczeństwie? Nie wiedzieli czego mogą się spodziewać, ani czego chce ta grupka ludzi.
Gdy wszystko wydawało się tak cholernie piękne, usłyszeli podejrzany trzask. Natychmiast oderwali się od siebie i posłali sobie przerażone spojrzenia. Kiedy dziwny trzask ponowił się, chwycili się za ręce i powoli skierowali się w stronę drzwi, skąd podejrzany hałas dochodził.
Im oczom ukazała się sporych rozmiarów dziura w drzwiach, która powstała na wskutek uderzeń siekierą. Gerard podbiegł do stojącego obok pianina i zawołał Franka. Zaczęli przesuwać instrument w stronę drzwi, aby oprawca nie zdołał wedrzeć się do środka. Gdy w końcu im się to udało, szybko pobiegli do sypialni i zamknęli się w niej.
Gerard przekopywał różne graty stojące w pomieszczeniu, a jego ukochany po prostu zdziwiony przypatrywał się jego poczynaniom. W końcu chłopak znalazł czego szukał, a konkretnie- strzelbę. Jego ojciec swego czasu lubił polować i w tej chwili z głębi serca dziękował mu za to. Znalazł kilka naboi i szybko naładował broń.
Jednak nawet tam nie mogli czuć się bezpiecznie, gdyż po kilku minutach w okno uderzył jakiś kamień.
-Schowajmy się w piwnicy.- szepnął Gerard i pociągnął czarnowłosego za rękę.

* * *
Pod domem zatrzymał się srebrny samochód. Kierowca wyjął telefon i szybko wystukał czyjś numer.
-Gerard? Tutaj Mikey. Stoję pod domem.- powiedział na jednym oddechu, kiedy włączyła się poczta głosowa.
Rozłączył się i odczekał chwilę, stukając palcami o kierownicę. Kiedy jego brat nie odzwonił, ani nie wyszedł z domu, postanowił sprawdzić sytuację. Wysiadł z auta i ruszył w stronę budynku. Ku jemu zdziwieniu na podjeździe stało zdemolowane auto Gerarda. Zaniepokojony szybko wyjął klucze ze spodni, żeby otworzyć ogrodowe drzwi, jednak te okazały się być otwarte. Zdziwiony wszedł do środka i zastał trochę zdemolowany pokój.
-Gerard! Frank!- zawołał, jednak odpowiedziało mu jedynie echo
Ruszył korytarzem w głąb domu, nie zdając sobie sprawy, że za nim skrada się zamaskowany mężczyzna z siekierą w ręku.
-Ej chłopaki!- krzyknął ponownie, jednak i tym razem odpowiedziała mu cisza
Zrobił kolejny krok i od razu zatrzymał się, słysząc podejrzane skrzypienie desek kilka metrów za sobą. Delikatnie przekręcił głowę, aby móc cokolwiek dojrzeć, jednak to na nic się nie zdało, bo dokładnie w tej samej chwili siekiera wbiła się w jego plecy.

* * *
W piwnicy panowała ciemność i jedynym źródłem światła była słaba poświata księżyca wpadająca przez niewielkie okienko. Chłopcy siedzieli blisko siebie, w ciągu dalszym cholernie przerażeni i nasłuchiwali czy przypadkiem ktoś nie zbliża się do drzwi. Bezczynne siedzenie nie przypadło im do gustu, ale co innego mogli zrobić?
-Mam plan.- odezwał się nagle Gerard- W szopie mamy radio. Mógłbym wezwać pomoc.
-Nie. Nie wychodź, proszę cię.- zaszlochał jego chłopak. Ogarnęła go panika. Bał się dlatego, że jego ukochany miałby wyjść z domu i wpaść w ręce tych psychopatów, i zostałby całkiem sam.
-To nasza jedyna nadzieja.- stwierdził i otarł delikatnie łzy Franka.- Siedź tutaj, a ja szybko pobiegnę. Nic mi nie będzie, obiecuję.
-Idę z tobą.- wtrącił.- Nie zostanę tu.
Gerard wiedział, że jak czarnowłosy się uprze, to nic go nie przekona. Oboje zatem wyszli w piwnicy i powoli skradali się w stronę wyjścia. W końcu jednak doszli do porozumienia i Frank został pod domem, a jego chłopak ruszył w stronę szopy.
Gerard schował się za drzewem, widząc jak jeden z oprawców przeczesuje teren. Mógłby tak po prostu strzelić w jego stronę... Ale nie było pewności, że sobie trafi. A po co dawać znak pozostałym, że mają broń? Jednak po kilku sekundach zastanawiania się, postanowił że warto zaryzykować.
Frank siedział skulony pod domem i nasłuchiwał każdego, nawet najmniejszego dźwięku. Kiedy usłyszał huk wystrzału, jego serce w momencie zabiło szybciej. Co jeśli dorwali Gerarda?
Po chwili do jego uszu dotarł inny dźwięk. Głęboki, odrobinę charczący oddech dochodzący zza ściany. Jeden z oprawców był w domu i w każdej chwili mógł wyjść i złapać Franka. Chłopak stwierdził, że nie ma innego wyjścia i pobiegnie do szopy i jakoś wróci razem z Gerardem. Tak więc, nawet się nie rozglądając rozpoczął szybki bieg do budynku, pragnąc tylko zobaczyć ukochanego.
Światło w szopie nie działało, więc wziął do ręki leżącą na ziemi latarkę.
-Gerard?- szepnął i zaczął rozglądać się po niewielkim pomieszczeniu
Nie było go tutaj. Przełknął głośno ślinę i poczuł jak trzęsą mu się nogi. Widok niewielkiego radia dodał mu trochę odwagi. Szybko podbiegł do niego i zaczął szukać mikrofonu. Znalazł go na ziemi i z pełnym nadziei głosem wypowiedział "Pomocy. Słyszy mnie ktoś?". Odpowiedział mu jedynie szum. Nie tracił jednak nadziei i zaczął kręcić pokrętłem. Kiedy usłyszał jakieś głosy, ponownie wypowiedział te kilka słów do mikrofonu. Ponownie nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Wtedy głośny trzask rozległ się nad jego uchem. Radio zostało przepołowione, po tym jak zakrwawiona siekiera wbiła się w niego. Krzyknął przerażony i wybiegł z budynku. Bał się jak cholera, szczególnie o swojego ukochanego. Wbiegł do domu i ostrożnie zaczął go sprawdzać. Wszystkie pokoje były puste, jednak z trudem stłumił wrzask, kiedy dostrzegł zmasakrowane ciało leżące na środku korytarza. Szybko doszedł do wniosku, że to na szczęście nie Gerard. Po chwili dotarło do niego, że to Mikey i łza zakręciła się w jego oku.
Wtem usłyszał trzask. Niewiele myśląc wbiegł do kuchni, choć stąd nie było drogi ucieczki. Usłyszał czyjeś kroki i rozejrzawszy się po pomieszczeniu, uznał, że najlepiej będzie jak schowa się do spiżarni. Jedynym minusem drzwi od spiżarni były delikatne szpary, przez które z łatwością można było kogoś dostrzec. Jednak w domu panował półmrok, więc Frank miał nadzieję, że to może przejść. Po kilku sekundach do pomieszczenia wkroczył zamaskowany mężczyzna. Ciężko oddychał i rozglądał się dokładnie, starając się niczego nie przegapić. Frank zakrył sobie usta dłonią, żeby przypadkiem nie krzyknąć ze strachu, czy rozpaczy. Chciał się już wydostać z tego koszmaru. W tym momencie wręcz zapragnął, by to się skończyło i by mógł z Gerardem wziąć ślub. Kiedy z tego wyjdą powie mu "Tak". Oprawca w końcu wyszedł z kuchni i czarnowłosy zbliżył się do drzwi spiżarni, aby móc już wyjść. To chyba nie było mu dane, gdyż nagle drzwi zostały nachalnie otworzone przez zamaskowaną dziewczynę. Ponieważ była to zwykła dziewczyna, Frank zdołał się jakoś wybronić i dorwać kuchenny nóż. Celował nim w stronę dziewczyny i już chciał zadać cios, gdy usłyszał jęk bólu swojego chłopaka.
-Gerard...- szepnął nie wiadomo do kogo i w jego oczach pojawiły się łzy
Odepchnął na bok dziewczyna, a ta przewróciła się. Mimo, że to był najgorszy pomysł z możliwych, pobiegł do pokoju z którego usłyszał pełen bólu głos Gerarda. Jego ukochany leżał na ziemi cały poraniony, a jego ręce były związane, tak samo jak nogi. Nad nim stał ten ciężko oddychający koleś i chyba ta dziewczyna, która pukała do drzwi.
-Frank, uciekaj.- wydusił Gerard, a Frank postanowił ten jeden jedyny raz go posłuchać.- Szybko!
Zaczął bieg w stronę wyjścia, modląc się o jakiś cud. Kiedy już otwierał drzwi, poczuł jak ktoś z siłą popycha go na ścianę. Uderzył głową i w momencie upadł na ziemię. Oprawca nawet nie zwlekając sekundy, zaczął ciągnąć go za nogi do salonu. Frank resztkami sił próbował łapać się czegokolwiek, jednak na nic się to zdało.
Kiedy w pełni dotarł do siebie, za oknem już świeciło słońce, a on siedział związany na kanapie zaraz obok Gerarda. Przed nimi stała trójka zamaskowanych osób.
-Dlaczego nam to robicie?- zapytał przez łzy, jednak żaden z oprawców nie miał zamiaru odpowiedzieć
Frank spojrzał na Gerarda. Teraz pokochał go bardziej niż kiedykolwiek. Choć wiedział, że w tym momencie ta miłość nie ma żadnego znaczenia. W końcu Gerard również popatrzył na Franka. Wysłali sobie pełne miłości spojrzenie, takie jak zaraz na początku ich związku. Zbliżyli się do siebie i przyłożyli swoje czoła do siebie.
-Kocham cię.- wyszeptał Frank i kolejna fala łez popłynęła po jego policzkach
-Ja ciebie też.- odpowiedział mu czarnowłosy i pociągnął nosem.
Wtedy zamaskowany mężczyzna szybkim ruchem wbił nóż w brzuch Gerarda. Chłopak głośno krzyknął z bólu i kolejne kilka łez spłynęło mu po policzkach.
-Boże, nie! Zostawcie go!- wydusił Frank, choć wiedział, że te słowa na nic się nie zdadzą
Drugi- śmiertelny- cios został wymierzony w płuca. Czarnowłosy płakał i patrzył, jak z jego ukochanego odchodzi życie. I wiedział, że teraz czas na niego.

* * *
Dwóch młodych chłopców, ubranych w eleganckie czarne spodnie i białe koszule, prowadziło obok siebie rowery, w ręku trzymając jakieś gazetki. Blisko nich zatrzymało się jakieś auto, wewnątrz którego siedziały dwie kobiety i jeden mężczyzna. Z pojazdu wyskoczyła blondynka i podeszła w ich stronę.
-Mogę jedną gazetkę?- spytała
Chłopacy wymienili zdziwione spojrzenia.
-A grzeszysz?- zapytał jeden
Dziewczyna chwilę zwlekała z odpowiedzią, jednak w końcu odparła, że czasami. Jeden z chłopaków podał jej gazetkę o tytule "Życie chrześcijanina", a ona szybko z powrotem wskoczyła do auta.
Oboje wsiedli na rowery i szybko podjechali do kolejnego domu. Mocno zdziwieni porzucili pojazdy, widząc zdemolowane auto na podjeździe. Ruszyli jednak po schodach i zastały ich drzwi otwarte na oścież. Wnętrze budynku już od progu wyglądało na mocno zdemolowane. Chłopcy chcąc sprawdzić, czy wszystko okay wślizgnęli się do środka. Na ścianach było mnóstwo krwi, tak samo na podłodze. Obydwóm zebrało się na wymioty, jednak powstrzymali się i ruszyli dalej. Im oczom ukazały się dwa ciała siedzące obok siebie na sofie. Podeszli bliżej i widząc liczne rany, mieli pewność, że są martwi. Było to dwóch chłopaków, kompletnie obcych dla rowerzystów, którzy nawet podczas tak brutalnego zgonu trzymali się za ręce.
Chłopcy spanikowani opuścili dom i szybko zawiadomili o dramacie, który przydarzył się tej młodej parze.

sobota, 31 maja 2014

Ogłoszenia parafialne.

Wybaczcie tak długą nieobecność.
Miałam pewne problemy techniczne (rozjebałam laptopa), więc nie miałam jak pisać, ani nic.
Laptopa już mam, jednak pozostaje szkoła.
Muszę nazbierać jeszcze jak najlepsze oceny i poprawiać wszystkie złe, więc w zasadzie przez większość czasu tkwię z nosem w książce.
Mam napisany tylko jeden rozdział do przodu, przy czym nawet nie jest sprawdzony i poprawiony, dlatego póki co go nie opublikuję.
Poczekajcie gdzieś do połowy czerwca, wtedy już powinien być spokój. No i mam nadzieję, że wena nie odejdzie. Co do waszych pytań... Tak jak mówiłam, wzorowałam się na Ręcę Mistrza, Kinga, jednak nie mam zamiaru robić wszystkiego według książki. Zaczerpnęłam głównie motyw z wypadkiem, wyspą i obrazami.
Bardzo przepraszam za długą przerwę, no i mam nadzieję, że szybko wrócę.
Kocham was wszystkich i czekajcie na rozdział.
xoxo Demolition Puppy

piątek, 25 kwietnia 2014

Rozdział 3. "Feel calm, I belong, I'm so happy here."



Z lekkim opóźnieniem, ale no cóż... Obwiniajcie moją mamę, naprawdę.
Mam nadzieję, że nie ma błędów i ma to jakikolwiek sens.
Hah, nie ma.
Rozdział o wszystkim i o niczym, może w następnym zacznie się coś dziać.
Dziękuję za wszystkie komentarze, kocham was.
__________________________________
 
Tego dnia nic nie namalowałem. Nie miałem weny, inspiracji, czy jakiegokolwiek zapału.
Następnego dnia obudziłem się o 7, jednak nie chciało mi się wstawać. Pierwszy raz od dłuższego czasu, pojawiła się u mnie tęsknota za Lindsey. Brakowało mi kogoś, z kim mógłbym najzwyczajniej w świecie pomilczeć, kogoś kto mógłby się do mnie tulić bez okazji, kogoś przy kim codziennie bym się budził.
Lindsey i ja to były w zasadzie dwa różne światy. Ona była pracowita, zawsze miała jakieś zajęcie. Kiedy ona robiła porządki świąteczne, ja obijałem się na kanapie. Była uparta jak osioł, a ja z miłości zawsze jej ulegałem. Jedną z nielicznych rzeczy, jakie nas łączyły, była muzyka. Nigdy nie kłóciliśmy się, czego słuchać w samochodzie, kiedy zawoziłem ją do pracy.
Myślenie o byłej zaczynało psuć mój dobry humor, więc postanowiłem wstać i zrobić sobie śniadanie.
Przygotowałem tosty, kawę i włączyłem telewizję. Nie leciało nic ciekawego, jednak nie miałem ochoty na siedzenie w ciszy. Posiłek przerwał mi telefon brata.
-Halo?- odebrałem nadal jedząc tosta
-Cześć Gerard. Co tam?
-Właśnie jem śniadanie.- mruknąłem i zauważyłem, że mój tost jest przypalony- W jakiej sprawie dzwonisz?
-Miałbyś coś przeciwko, jeśli wpadłbym do ciebie na dwa albo trzy dni?- spytał
-Co?! Mikey, przyjeżdżaj kiedy chcesz, na ile chcesz!- ucieszyłem się. Z bratem byliśmy do siebie bardzo przywiązani i w dzieciństwie ciężko było nas rozdzielić. Chyba niewiele się zmieniło, bo nadal uwielbiamy spędzać ze sobą czas i nie lubimy być daleko od siebie.
-I wtedy powiem ci o czymś ważnym.- dodał, a ja wziąłem jakąś kartkę i zacząłem coś kreślić
-A nie możesz teraz?- zdziwiłem się
-Nie do końca. Dobra, to jedz w spokoju to śniadanie. Zadzwonię wieczorem i powiem dokładnie kiedy będę. Do usłyszenia braciszku.
Odłożyłem telefon na stolik i wtedy w mojej głowie pojawił się pewien obraz.
Dziewczyna, wysoka blondynka, w czerwonej sukience. Obrócona tyłem, z falującymi włosami.
Zrzuciłem rzeczy ze stołu, zabrałem kartkę i kredki i zacząłem szkicować. Chude nogi, na stopach ubrane czarne szpilki, krwistoczerwona sukienka sięgająca do kolan, w rękach bukiet róż i blond włosy powiewające na wietrze. W prawym dolnym rogu kartki napisałem "Alice".
Narysowałem dziewczynę, dokładnie tak, jak ją sobie wyobraziłem. I wtedy coś mnie olśniło. Ta dziewczyna, to jest dziewczyna Mikey'go. Na sto jebanych procent. O tym chce mi powiedzieć.
Zdziwiłem się słysząc własne myśli i zaśmiałem. Przecież to było bezsensu. Skąd miałem wiedzieć, że ma dziewczynę? I do tego, skąd miałem znać jej wygląd i imię? Telepatia?
Pewnie po prostu mi się przyśniła i teraz sobie przypomniałem. Innego logicznego wyjaśnienia nie było.
Zaniosłem rysunek do swojej "pracowni" i położyłem na podłodze, obok "Dzień dobry". Uśmiechnąłem się pod nosem. Obrazy przypominały mi moje dzieciństwo. Byłem dziwnym dzieckiem, które z trudem mogło usiedzieć na miejscu. Jednak wystarczyło dać mi kartkę i kredki, a już siedziałem spokojnie. W ogóle nie umiałem rysować, ale mimo wszystko moja babcia każdy obrazek wieszała na lodówce. Wierzyła w to, że kiedyś nauczę się malować i zostanę jakimś znanym artystą. Ja zawsze w to wątpiłem, ale chciałem, żeby była szczęśliwa, więc malowałem całymi dniami. W końcu moje rysunki były coraz lepsze, jednak potem pojawiło się gimnazjum i chyba dlatego przestałem cokolwiek malować.
Wyjrzałem za okno. Od kiedy tu przyjechałem cały czas świeciło słońce i wyglądało na to, że dzisiaj również będzie tak samo.
Zabrałem jedną ze swoich książek, koc i jakieś ciastka. Usiadłem na piasku przed domem i postanowiłem delektować się tą cudowną pogodą. Nawet nie otworzyłem książki, tylko rzucałem rozkruszone fragmenty ciastka mewom, znajdującym się kilka metrów ode mnie.
Przyjazd na wyspę był nie tylko dobry pod względem wypoczynku i poznania Ray'a, ale również nieźle działał na moje zdrowie. Rzadko zdarzało mi się cokolwiek zapomnieć i biodro coraz mniej dokuczało.
No i byłem szczęśliwy. Nie sądziłem, że kiedykolwiek po wypadku, będę się tak czuł. Ogólnie w moim życiu bardzo rzadko odczuwałem radość. Nie miałem się z czego cieszyć. A teraz szczęście daje mi malowanie, siedzenie na plaży czy zwykła rozmowa z Ray'em.
Wziąłem głęboki wdech i rozejrzałem się dookoła. Na lepsze miejsce nie mogłem trafić. Największym plusem było to, że panował tu taki spokój. Żadnych ludzi, cała plaża tylko dla mnie. Żadnych hałasujących nastolatków i płaczących dzieci. Tylko ja i moje myśli.
-Dzień dobry, Gerardzie.- usłyszałem znajomy głos i odwróciłem głowę w stronę rozmówcy.
-Witaj Ray.- uśmiechnąłem się i zrobiłem miejsce obok siebie na kocu.
Ray chętnie dosiadł się i spojrzał na książkę, jaką przy sobie miałem.
-Przyszedłem, żeby prosić cię o pomoc. Muszę po południu iść do lekarza, a opiekunka Elizabeth, która teraz z nią siedzi nie może zostać. Mógłbyś się nią zająć? To naprawdę nic trudnego.
-Jasne.- uśmiechnąłem się, choć z głębi duszy byłem przerażony. A co jeśli zacznie umierać? Przecież nie jestem lekarzem, nie znam się na tym.
-Wystarczy, że włączysz jej telewizję. Najlepiej jakąś brazylijską telenowelę.- zaśmiał się- Podoba ci się tutaj?- zmienił temat
-I to jak! To chyba najpiękniejsze miejsce na ziemi.- stwierdziłem
-A skoro już się tu pofatygowałem, to może pokażesz mi któryś z obrazów?
Spojrzałem na niego, a potem wstałem i zaprowadziłem Ray'a do domu.
Ray najpierw podszedł do obrazu tej dziewczyny, który dzisiaj zrobiłem. Przypatrywał się każdemu szczegółowi. Później podszedł do "Dzień dobry numer dwa".
-Wiesz co Gerard?- zaczął, po obejrzeniu wszystkich obrazów- Te obrazy są niesamowite. Jeździłem z Elizabeth na kilka wystaw, ale żadne obrazy nie mogą się równać z twoimi. I nie mówię tego, dlatego że cię lubię, tylko tak kurwa jest.- znowu spojrzał na moje dzieła- Może też powinieneś zrobić wystawę swoich obrazów?
-Co? Nie przesadzaj.- oburzyłem się. Nie były aż tak piękne, żeby pokazywać je obcym ludziom.
-Nie znasz się, to się nie odzywaj.- uciszył mnie Ray i na nowo przypatrywał się każdemu obrazowi po kolei.- Są naprawdę piękne. Ta dziewczyna jest śliczna.
Chciałem zaprzeczyć, ale wolałem się nie odzywać, bo w końcu kazał mi siedzieć cicho, więc tylko skinąłem głową.
Po południu rzeczywiście poszedłem do pani Elizabeth. Bałem się, że coś jej się stanie, a ja nie będę wiedział co zrobić, ale starałem się tego nie ukazywać.
Kiedy tylko Ray wyszedł, Elizabeth podała mi jakąś książkę.
-Co to jest?- zdziwiłem się i spojrzałem na okładkę
-Wiersze. Przeczytaj mi jakiś.- poprosiła
Spoglądnąłem zaskoczony na kobietę i wylosowałem jakiś wiersz.
-Robert Duncan "The Venice Poem". - odczytałem  i popatrzyłem na staruszkę
-Mój ulubiony.- ucieszyła się- Czytaj.
Westchnąłem i zacząłem czytać. Nie nadawałem się do czytania poezji, ale pani Elizabeth nawet nie zwróciła na to uwagi. Siedziała blisko mnie z przymkniętymi oczami, całkowicie wsłuchując się w słowa wiersza, który zapewne znała na pamięć.
Kiedy skończyłem, zamknąłem książkę i odłożyłem na stolik.
-Cudownie.- zachwyciła się- Ray mówił, że widział twoje obrazy i był zachwycony.
Na mojej twarzy pojawił się swego rodzaju grymas.
-Bez miłości ciężko się tworzy sztukę. Masz kogoś?- zapytała
-Miałem.- mruknąłem
-A więc twoja sztuka odzwierciedla twój ból.- stwierdziła i spojrzała na zegarek- O mój Boże, czas na mój program! Włącz szybko kanał 6, Geraldzie!
-Gerardzie.- poprawiłem kobietę i uśmiechnąłem się pod nosem. Sięgnąłem po pilota i włączyłem staruszce brazylijską telenowelę.
W połowie tego jakże pasjonującego serialu, Elizabeth przysnęła i cicho pochrapywała. Przykryłem ją kocem i wyłączyłem telewizję. Przypominała mi moją babcię. Przed śmiercią była dokładnie taka sama. Drobna, delikatna, troszeczkę nieogarnięta, zapominalska... Ale była wspaniałą kobietą. Próbowała mi pokazać, że świat jest piękny. Robiła dla mnie wszystko. Ale kilka lat temu zmarła... Choroba z nią wygrała. Jednak na zawsze pozostanie w moim sercu.
Przypatrywałem się śpiącej staruszce, kiedy usłyszałem, jak Ray wchodzi do mieszkania.
-I jak? -szepnął w moją stronę
-Bezproblemowo.- uśmiechnąłem się i jeszcze raz spojrzałem na śpiącą kobietę
-Dziękuję, że z nią posiedziałeś.- odwzajemnił uśmiech i poklepał mnie po ramieniu- Zostaniesz jeszcze? Przygotuję coś do jedzenia.
-Mogę zostać.
Podczas przygotowywania posiłku, zaczął mi opowiadać  swoim życiu. Dowiedziałem się, że jego ojciec chciał, by został prawnikiem. Ray nie chciał mu sprawić zawodu, więc rzeczywiście studiował prawo. Jednak po roku studiów, w gazecie dostrzegł ogłoszenie, że poszukują kogoś młodego do opieki nad starszą panią. Proponowano dosyć wysoką cenę i do tego mieszkanie staruszki znajdowało się na wspaniałej wyspie. I tak oto znalazł się przy Elizabeth.
-Ojciec nie odzywa się do mnie od kilku lat, ale nie przeszkadza mi to. Cieszę się, że tu trafiłem.- zakończył swoją historię
Kiedy Elizabeth się przebudziła, zjedliśmy razem spaghetti, a potem postanowiłem nie zawracać im już głowy i pójść do siebie.
Powolnym krokiem ruszyłem plażą w stronę mojego domu. Spojrzałem do góry i dostrzegłem na niebie kilka małych obłoczków. Czy tu kiedykolwiek pada?
Będąc w domu zaledwie od 4 minut, usłyszałem dzwonek telefonu.
-Halo?
-No hej braciszku.- usłyszałem Mikey'go- Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli przylecę do ciebie jutro po południu?
-Jasne, że nie! Wbijaj!- ucieszyłem się
-Tęskniłem za tobą.- powiedział
-Takie romantyzmy, to ty zostaw na nasze spotkanie.- zaśmiałem się.
Pogadaliśmy jeszcze przez kilka minut, a potem powiedział, że idzie coś zjeść. Sam w sumie trochę zgłodniałem, ale wolałem coś namalować.
Wszedłem po schodach do swojej pracowni i rzuciłem okiem na ten rysunek dziewczyny. "Tajemnica". To było pierwsze co przyszło mi do głowy. Tajemnicze było to, że nagle postanowiłem narysować taką, a nie inną dziewczynę. I to akurat po rozmowie z bratem.
Przestałem zawracać sobie głowę, tak błahymi sprawami i zacząłem myśleć, co mógłbym namalować. Przymknąłem oczy i przypomniałem sobie dzisiejszy poranek, kiedy siedziałem na piasku, a przede mną skrzeczały mewy. Zacząłem wspominać, jak z moim bratem byliśmy młodsi i zawsze straszyliśmy te biedne ptaki.
I właśnie to chciałem ukazać. Stado mew, przerażone nadchodzącą postacią (kto by się nie przestraszył Mikey'go?). Więc zacząłem malować. Zacząłem koło 17 i męczyłem się do 23, a mimo to nadal nie był skończony.
Kilka minut po 23 zmęczenie wzięło górę, więc postanowiłem dokończyć dzieło o poranku.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Rozdział 2. "I think about the little things that make life great"



Witam!
Dzisiaj trochę o wszystkim i o niczym. Ale bardziej o niczym. 
Przez święta raczej się nie pojawię, więc chciałam wam życzyć wesołych świąt :)
I tak na wszelki wypadek, bo naprawdę nie wiem kiedy się pojawię, informuję, że trzymam kciuki za tych co w tym roku piszą testy :D
Z dedykacją dla: Cat Eater (dziękuję za wszelkie rady :D) i Fun Puppy (tęskniłam za Tobą :c). 
Miłego czytania, czy coś.
xoxo Demolition Puppy
__________________________

Rano wychodząc z sypialni spojrzałem na mój wczorajszy obraz. Uśmiechnąłem się i przez głowę przemknęły mi słowa "dzień dobry", nawet nie wiem dlaczego. Ale właśnie tak nazwałem ten obraz. "Dzień dobry".
Kiedy zażywałem tabletki, usłyszałem dzwonek telefonu.
-Halo?
-No cześć Gerard.- odezwał się Mikey- Co tam?
-Jakieś 10 minut temu wstałem. Możesz mi zazdrościć, tu jest tak fajnie, spokojnie...- westchnąłem- A co u ciebie?
-Właśnie jadę do pracy.
-A swoją drogą, wczoraj postanowiłem, że znowu będę malował.- uśmiechnąłem się i mogłem się założyć, że mój brat też się uśmiechnął
-No to świetnie! Przynajmniej będziesz miał jakieś zajęcie. No dobra, to maluj tam sobie, odezwij się potem jak chcesz. Siemka!- rozłączył się
Nalałem do szklanki trochę soku pomarańczowego i postanowiłem, że spróbuję dotrzeć do tego dużego budynku, który widziałem spacerując po plaży.
Tym razem postanowiłem, że będę szedł bliżej morza, więc moje stopy były zanurzone w wodzie. Była dosyć chłodna, ale mimo to cudownie się chodziło. Po ponad półgodzinnym spacerku dotarłem do wyznaczonego miejsca.
-Dzień dobry.- odezwałem się z uśmiechem, w stronę jakiegoś chłopaka siedzącego na krześle, przy stoliku z dzbankiem lemoniady.
-Witam.- odpowiedział z uśmiechem i wstał. Podszedł do mnie i podał rękę- Nazywam się Ray Toro.
-A ja jestem Gerard Way- uścisnąłem jego dłoń i zafascynowaniem patrzyłem, jak jego afro powiewa na wietrze- Mógłbym się na chwilkę dosiąść?- spytałem jedną ręką wskazując na wolne krzesło, a drugą chwytając się za biodro
-Jasne, jasne. Może chcesz się też napić lemoniady?- spytał
-A z chęcią- odparłem i usiadłem na krześle
Po chwili chłopak wrócił z drugą szklanką i nalał mi z dzbanka lemoniadę. Zrobiłem kilka łyków i odłożyłem szklankę.
-Widziałem cię wczoraj jak tu zmierzałeś.- zagadnął- I już miałem nadzieję, że dotrzesz, ale wtedy zawróciłeś.
-Miałem jakiś czas temu wypadek i moje cierpiące biodro dało się we znaki, stąd ten odwrót- wyjaśniłem, uśmiechając się delikatnie- Przyjechałem tutaj odpocząć.
- Ja tutaj pracuję. Opiekuję się taką starszą panią, która jest właścicielką wszystkich tych domków na wyspie.
I zaczęliśmy rozmawiać. Urzekło mnie to, że nie wypytywał co to był za wypadek, jak się czuję i że nie współczuł. Nic mnie bardziej nie denerwuje. A z nim po prostu siedzieliśmy, piliśmy lemoniadę i gadaliśmy o różnych sprawach, tak jakbyśmy byli przyjaciółmi od kilku lat. A znaliśmy się dosłownie 10 minut.
-Dobra, muszę wracać do domu, bo pewnie pani Elizabeth się już obudziła.- odparł- Może chcesz wejść?
-Innym razem. W każdym razie, miło było cię poznać, Ray- uśmiechnąłem się
-Ciebie również, Gerard.
Wróciłem do domu cały obolały, ale szczerze mówiąc... Było warto tam iść. Wystarczyło spojrzeć na Ray'a, a człowiek już się uśmiechał. I to nie dlatego, że śmiesznie wyglądał. Po prostu dzielił się swoim szczęściem i optymizmem. Aż chce się żyć.
Wróciłem do mieszkania, zjadłem tabletki i poszedłem na górne piętro, żeby jeszcze raz rzucić okiem na obraz. Czegoś tam brakowało, ale jeszcze nie wiedziałem czego. Nie miałem siły nad tym myśleć, więc zabrałem paczkę papierosów i wyszedłem przed dom, posiedzieć na rozgrzanym piasku.
Zapaliłem papierosa i wpatrywałem się w grupkę mew, znajdujących się 8 metrów ode mnie.
Chcąc nie chcąc, zacząłem myśleć o wszystkich rzeczach, które spieprzyłem w swoim życiu.
Będąc w gimnazjum nie miałem przyjaciół i byłem nienawidzony przez wszystkich. Ale co się dziwić. Moja twarz wyglądała jak worek ziemniaków i byłem trochę gruby. W liceum udało mi się wrócić do formy, ale zacząłem pić i ćpać. Każdego dnia musiałem zrobić chociaż kilka łyków pieprzonej wódy. I to się tak ciągło przez 3 lata. Potem z trudem udało mi się przestać... I tak oto jestem tutaj. Mam 24 lata, żadnego pomysłu na przyszłość i kiepskie życie. Kiedy moja babcia zmarła, przepisała na mnie cały swój majątek, więc pracą nie musiałem się póki co martwić. Więc w zasadzie moje życie to bagno.
I nikogo tak naprawdę nie kochałem, oprócz Lindsey. Chociaż ciężko to nazwać miłością, skoro prawie ją zabiłem. Ale nigdy nie czułem czegoś takiego jak pokazują na tych głupich romantycznych filmach. Wielka miłość aż do śmierci, umieranie z tęsknoty bo nie widzi się ukochanej osoby od 5 minut... To nie dla mnie. Może kiedyś, pewnego dnia.
Po kilku minutach takich przemyśleń, marzyłem o napiciu się takiej zimnej wódki. Spojrzałem w stronę domu, jednak szybko odwróciłem wzrok. Musiałem być silny.
Mewy poderwały się do lotu i gdzieś poszybowały, zostawiając mnie samego. Leniwie wstałem z piasku i podreptałem do wody. Spoglądając w dół dostrzegłem kilka ładnych kamieni i muszli, które postanowiłem ze sobą zabrać. Pochyliłem się i podniosłem te najlepsze, a potem schowałem do kieszeni.
Wróciłem do mieszkania i od razu ruszyłem do mojej "pracowni". Na sztaludze nadal stał "Dzień dobry", a dookoła leżały brudne pędzle. Włączyłem radio i zacząłem ogarniać ten bałagan. Moja wyobraźnia nasuwała mi obrazy, które mógłbym namalować.
Kiedy zbliżał się zachód słońca, dostrzegłem na morzu jakiś statek. Mój umysł podsunął mi pomysł, aby namalować ten statek w świetle zachodzącego słońca. I tak też postanowiłem zrobić.
Słuchając jakiegoś radia z rockową muzyką zabrałem się za malowanie tego obrazu.
Na początku szło opornie, jednak już po pół godzinie obraz zaczął nabierać kształtu.
Kiedy skończyłem swoje dzieło było późno i dosłownie padałem na ryj.

* * *
Następnego dnia rano również miałem udać się do Ray'a. Jednak pierwsze postanowiłem jakoś nazwać obraz. "Dzień dobry nr 2" było zbyt oklepane, jednak to jedyne co przyszło mi do głowy. O dziwo, moje biodro nie cierpiało tak bardzo, więc postanowiłem zaryzykować i nie brać tabletek.  Dawno nie czułem się tak dobrze. Taki wypoczęty, spokojny, wręcz zdrowy i pełny sił.
Powolnym spacerkiem ruszyłem w stronę domu Ray'a.  
Kiedy zbliżałem się do wielkiego budynku, dostrzegłem, że przy stoliku siedzi nie tylko mój nowy znajomy, ale również jakaś starsza pani. Kiedy kobieta mnie dostrzegła, pomachała swoją drobną, chuda rączką, a ja nieśmiało odmachałem.
-Dzień dobry.- przywitałem się
-Witaj młodzieńcze.- uśmiechnęła się staruszka, tak że na jej twarzy pojawiło się jeszcze więcej zmarszczek
-Pani Elizabeth, to jest Gerard Way.- powiedział do niej Ray- Wynajmuje Wielki Koral.
-Wielki Koral?- spytała, unosząc brwi- Miejsce artystów. Jesteś artystą, Geraldzie?
-Gerard.- poprawiłem kobietę- W pewnym sensie...- mruknąłem
-W pewnym sensie? Artystą albo się jest, albo nie. Więc słucham młodzieńcze- nalegała
-Jestem.- poddałem się w końcu, a Elizabeth z zaciekawieniem na mnie spojrzała
-Sztuka to czasem jedyna ucieczka od rzeczywistości, czyż nie?- zaczęła, ale Ray szybko wtrącił, że musi zjeść swoje lekarstwa, więc zrezygnowała z dalszej wypowiedzi i z pomocą Ray'a ruszyła w stronę domu.
"Sztuka to czasem jedyna ucieczka od rzeczywistości". Chyba miała rację. Usiadłem na wolnym krześle i patrzyłem na chmury i próbowałem odczytać z nich jakieś kształty.
-Przepraszam za nią. Czasami ma takie napady filozofii- usłyszałem głos Ray'a
-Nic się nie stało. Całkiem sympatyczna pani- stwierdziłem z uśmiechem
-Ale ma już swoje lata. Miewa zaniki pamięci i wszystko ją boli.-odparł i usiadł na krześle. Podwinął rękawy swojej koszuli w kratkę i spojrzał na mnie.- Jesteś artystą?
-Maluję jakieś bzdety...-mruknąłem i zacząłem gapić się w piasek
-No to Elizabeth będzie zachwycona- ucieszył się
Powiedział mi, że pani Elizabeth jak była młodsza, to również malowała. Nie chwaliła się tym zbytnio, więc wiedziało tylko kilka osób. Nikt jednak nie widział jej obrazów, ani nie znał przyczyny porzucenia hobby. Teraz, po wielu latach nadal uwielbia chodzić na różne wystawy i podziwiać młodych artystów. Ray opowiedział mi także, że moje mieszkanie- czyli Wielki Koral- wynajmują przede wszystkim artyści. Więc może to nie był przypadek, że zwróciłem uwagę, akurat na ten dom? Chociaż w zasadzie nie uważałem siebie za artystę.
Elizabeth miała dużą rodzinę, jednak dwie jej siostry utonęły, jedna wyjechała do Francji i już nikt o niej nic nie słyszał, a jej ojciec zmarł na raka kilkanaście lat temu. Ma tylko Ray'a, który opiekuje się nią od trzech lat.
Porozmawialiśmy tak przez godzinę, a potem postanowiłem nie zawracać mu już więcej głowy i wrócić do siebie.
Od kiedy przyleciałem na Duma Key, zacząłem dostrzegać rzeczy, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Zacząłem dostrzegać piękno we wszystkim. Zacząłem cieszyć się życiem.
To czas, aby zacząć żyć. Wcześniej byłem tylko jakąś powłoką, bez uczuć, która po prostu pałętała się po świecie, bez konkretnego celu.
Akurat kiedy wróciłem do domu, przyjechał Bob z zakupami.
-Cześć Gerard.- uśmiechnął się, wyciągając z samochodu reklamówki
-Hej Bob.- odwzajemniłem uśmiech i podszedłem mu pomóc
-I jak? Malowałeś coś?- spytał podając mi jedną z lżejszych reklamówek
-Tak, namalowałem dwa obrazy...- odparłem i zabrałem jeszcze jedną siatkę- Matko, co ty tu nakupowałeś?
-A no takie tam... Najpotrzebniejsze rzeczy.
Wspólnymi siłami wnieśliśmy 5 reklamówek do mieszkania.
-Mógłbym zobaczyć twoje dzieła?- zapytał
Otworzyłem usta, żeby zaprzeczyć, ale w końcu tylko kiwnąłem głową i zaprowadziłem go na górę.
Wskazałem ręką na sztalugę, na której nadal stał "Dzień dobry numer 2", a potem na ścianę, pod którą leżał "Dzień dobry".
Bob najpierw zatrzymał się przy numerze 2. Z zachwytem wpatrywał się w obraz, co jakiś czas spoglądając na mnie.
-To jest niesamowite.- odezwał się w końcu
-Naprawdę?- zdziwiłem się i stanąłem obok niego, żeby spojrzeć na obraz
-Naprawdę.- potwierdził i podszedł pooglądać pierwszą wersję "Dzień dobry"
Przy tym obrazie również stał przez dłuższą chwilę, a ja tylko czekałem w milczeniu. W końcu podszedł w moją stronę i położył mi dłoń na ramieniu.
-Słuchaj Gerard... Masz niesamowity talent.- odezwał się, a ja pochyliłem głowę w dół, starając się zasłonić włosami. Nie lubię jak ludzie mnie chwalą i prawią mi komplementy.
-Dziękuję.- mruknąłem
-Maluj dalej. Tworzysz coś pięknego.- dodał- A teraz już idę. Do zobaczenia, Gerard.