Póki co, ja nie mam weny, a rozdział się tworzy. Ale...
Macie tu dzieło mojej wspaniałej dziewczyny <3 Według mnie jest to wspaniałe i jeśli was również to zaciekawi to z chęcią dodam kolejne części c:
Jeśli chodzi o moje opowiadanie... No cóż. Teraz jestem chora, więc może coś napiszę.
Tak czy inaczej... Miłego czytania!
_______________________
(Czas w opowiadaniu: 4 czerwiec, środa, 2014 r.)
Kolejne południe spędzam w szkole... W sumie już czerwiec i powinienem
zostawać w domu niż włóczyć się do tej budy. Siedziałabym a raczej
leżałabym w swoim wygodnym łóżku gdyby nie to, że muszę poprawić tą
fizykę i chemię... Jakim kurwa cudem jestem z tego zagrożony?! Okay może
dlatego że miałem mieć z tego nieklasyfikowanie ale no... Ja to
przecież... Walić to, i tak nie będę w przyszłości chemikiem, a na pewno
nie fizykiem. Cóż, takie życie. Nauczyciel w sumie też nie obraziłby
się gdybym sobie to lekko olał. Sam chętnie bym to zrobił gdyby nie moja
kochana mamusia, która zagroziła mi że jak nie zdam to wyśle mnie do
cioci Ali na calutkie wakacje. Ciocia Ali mieszka na wsi, z dala od
jakiejkolwiek cywilizacji, więc pobyt u niej wiąże się z codziennym
wstawaniem o 6 i pracą, bardzo ciężką prawdą na polu do 21. Po za tym
Ali nienawidzi moich nieco dłuższych kruczoczarnych włosów. Zawsze gdy
tylko do niej przyjeżdżałem z rodziną to ona czaiła się z nożyczkami.
H2SO4, H3PO4... Nie... Nie rozumiem tego! Nie dam sobie rady... Chyba
czas pożegnać z moimi kochanymi włosami. Zrezygnowany po prostu
wyszedłem z klasy. Zabrałem torbę, zeszyt i wyszedłem. Byłem jedyny w
klasie. Nauczyciela nawet nie zdziwiło moje zachowanie. Ciekawe czy w
ogóle zauważył że wyszedłem. W sumie mnie to nie obchodzi, przecież nie
wrócę do sali i powiem "Panie profesorze, ja wyszedłem jakby co. Do
zobaczenia w tej samej klasie." Czemu ja w ogóle o tym myślę? Dobra, mam
dosyć.
Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem trochę drobnych. Hmm… starczy mi na
kawę. To już dzisiaj 3 kubek pysznego napoju. Przecież każdy ma coś od
czego po prostu się odstresowuje. Jedni mają fajki, inni mają muzykę,
słodycze, sprzątanie czy cokolwiek. Ja mam właśnie kawę.
Wyszedłem z budynku mojego liceum. Słońce rzucało blask na drzewa i moją
twarz. Było ciepło, nawet gorąco. Ale za nic nie zdejmę mojej ukochanej
bluzy. Nienawidzę opalenizny, wolę pozostać blady.
Zajdę do mojej ulubionej kawiarenki za rogiem. Zawsze przed i po szkole
idę tam na kawę. Zawsze dostaję tam jakiś mały rabat albo za darmo
dostaję espresso. W sumie od dwóch lat już tam godzę. Kelnerzy znają
mnie tam znakomicie, więc gdy tylko mnie zobaczą to od razu parzą mi
kawę.
Dzisiaj jak zwykle 3-4 osoby. No tak, mamy godziny lekcyjne, a
szczególnie przed wakacjami wszyscy jeszcze o 11 śpią. Tak jak myślałem,
kawa czekała na mnie przy „moim” stoliku. Podziękowałem moim uśmiechem.
Właścicielką kawiarenki jest starsza kobieta. Tak na moje oko ma jakieś
60 lat. Często gdy siedziałem sam to ona przysiadała się do mnie
przysiadała. Rozmawialiśmy na milion rożnych tematów. Czasem przychodząc
do kawiarenki o 16 wychodziłem z niej o 21. Ta kobieta stała się dla
mnie moją starą przyjaciółką. Ma na imię Vica. Zna dobrze moje myśli,
sekrety oraz problemy. Wie o mnie więcej niż ktokolwiek inny mógł
wiedzieć. Ona wiedziała o moich problemach ze szkołą oraz z samym sobą.
Ja wiem o jej problemach i śmierci męża, czy nawet spadku własnych
rodziców. Vica nie ma wnuków a nawet dzieci. 10 lat temu zmarł jej mąż.
Podziwiam tą kobietę za wytrwałość i siłę. Mimo swojego wieku nadal jest
szczęśliwa i energiczna.
Dzisiaj Vica do mnie się nie dosiadła. Widocznie miała jakieś ważniejsze
sprawy niż gadanie z zdesperowanym 17-latkiem. Wziąłem ciepłą filiżankę
do rąk i wypiłem łyczek kawy. Ahh ten smak…
Nie minęła minuta zanim filiżanka stała się pusta. Potrzeba kofeiny
została zaspokojona. Teraz czas na słodkie poddanie się wenie i
narysowanie czegoś. O ile szanowna wena nadejdzie. Ostatnio ona nawet
mnie opuściła. To się nazywa być forever alone, kiedy nawet wena Cię
opuszcza. Trudno, łaski bez. Jeszcze raz podziękowałem uśmiechem i
wyszedłem z kawiarenki. Być może nawet jeszcze dzisiaj tu zajdę.
Nie mam gdzie iść… Lepiej wrócę do domu.
Mieszkam sam. Mimo że mam 17 lat to moja mama na tyle mi ufa i uważa
mnie za odpowiedzialnego że pozwoliła mi mieszkać samemu. Oczywiście co
tydzień wpada do mnie sprawdzić czy jeszcze nie umarłem od nadmiaru kawy
i przemęczenia.
Wszedłem do domu, rzuciłem torbę gdzieś na bok, zdjąłem czarne trampki i
od razu rzuciłem się na bordową kanapę. Mimo tego że przespałem całą
noc to byłem strasznie zmęczony. Kanapa może nie była najpiękniejsza,
ale za to mega wygodna. Aż chciało się usnąć.
W domu jak zwykle syf, nawet nie można zobaczyć podłogi. Każdy artysta
powiedziałby że to „artystyczny nieład” ale bądźmy realistami i
powiedzmy po prostu że to jest burdel. Nie miałem siły i ochoty żeby
sprzątać. Z resztą to nic nowego. Zamknąłem oczy a sen sam przyszedł…
Obudziłem się jak na moje oko dwie godziny później. Otworzyłem powoli
oczy i doznałem szoku. Podłoga! Widzę podłogę! Ja mam porządek… Jakim
cudem?! Chyba że…
-No ładnie tak mieć burdel w domu i olewać szkołę? Chyba naprawdę się
stęskniłeś się za Ali… - Zaśmiała się postać.
-Mamo… - Uścisnąłem kobietę w pasie jak małe dziecko – Co ja bym bez
Ciebie zrobił…
-No nie wiem synku. Ale wiedz ze się martwię o Ciebie…
Tak, moja mama. Jest jedną z dwóch kobiet które darzę wielkim
szacunkiem. Ona i Vica w życiu naprawdę dużo przeszły.
-Oh, mamo… - mruknąłem.
-Gerard… - Oho, zrobiło się poważnie – Dzwonili dzisiaj ze szkoły.
Kochanie, musisz się poprawić. Posłuchaj, nie robisz tego dla mnie tylko
dla siebie. Ten college do którego chcesz iść ma jednak swoje
wymagania. Chcę żebyś bez problemu tam się dostał – powiedziała matka z
troską.
Wstałem z kanapy.
-Wiem mamo… Ale ja nie daję sobie z tym rady, po prostu nie daję.
-Widzę, Gerry, załatwiłam Ci kolegę do nauki, takiego korepetytora –
Powiedziała.
„Kolegę” O nie… Czy wspomniałem że nie mam znajomych? Nie? Okay. To od
razu powiem że nie mam znajomych. Tak, brzmię jak z jakiegoś taniego
filmu.
Po za tym mama powiedziała „kolega” czyli postać męska. Tak, moja mama
wie o mojej orientacji. Tak, moja mama chce abym sobie znalazł tą osobę.
Ale ja nikogo nie potrzebuję… Wystarcza mi ręka. Okay, to był żart. Nie
chodzi mi o zaspokojenie się. Po prostu nikogo nie potrzebuję. Radzę
sobie sam.
- T-tak? Kogo…? – Wydusiłem.
Byłem przerażony. A co jeśli to kolejny ktoś kto będzie mnie chciał
zabić we własnym domu? Jeśli to kolejna osoba która będzie znowu mnie
poniżać…?
-Syn lekarza ze szpitala, chodzi do Twojej szkoły. On to umie… Z resztą
zobaczysz go, poznasz itd.
-Super… - Odpowiedziałem
-Synku, dasz sobie radę. Po prostu wierz że możesz i Ci się uda.
Niektóre rzeczy same przychodzą, tylko trzeba im trochę pomóc. –
Uśmiechnęła się – A teraz misiu musze lecieć zrobić Mikeyowi obiad.
Korepetytor będzie o 20. Lepiej się naszykuj. O 20, ale dopiero jutro.
Do zobaczenia, trzymam kciuki! – Powiedziała do mnie i posłała
jednoznaczny uśmiech po czym wyszła.
A ja ciągle stałem jak wryty. Kochana mama…. Może ona ma rację? Warto
spróbować…
Ale miło z jej strony że posprzątała cały ten bałagan i załatwiła mi
kogoś, kto ma mi podobno pomóc. Cóż, co cię nie zabije to Cię wzmocni.
Nadszedł właśnie mój czas przemyśleń. Tak ogólnie to po co nam to
wszystko? Jaki w tym sens? Po co nam ta chemia, fizyka, kawa czy drugi
człowiek? Owszem, życie bez tego byłoby Inne, ale czy na pewno ty
wszystko jest nam potrzebne? Wszyscy w koło opowiadają że nie można żyć
bez drugiego człowieka, że drugi człowiek to wartość najważniejsza. Dla
każdego co innego może mieć wartość najwyższą. Dla mnie taką rzeczą są
moje rysunki. I kawa. Tak. Rysunki i kawa. Chociaż czasem (bardzo
często) gdy wieczorem wyczerpany całą weną i rysunkami siadam na kanapie
w kocu przed telewizorem czuję coś… Czuje się wyczerpany. Ale właśnie w
takich momentach czuję się dość samotny. Wtedy przydałby mi się nawet
pies do przytulania. Tak, ja też mam uczucia. Ba, nawet wielkie uczucia.
Wbrew pozorom jestem wrażliwy. Bo kochać to znaczy być wrażliwym.
Chociaż w prawdzie nigdy nie kochałem nikogo poza matką, ojcem i bratem.
Ale w każdym razie nie potrzebuję nikogo.
Nawet nie zauważyłem jak minęła godzina 22. Czas zabrać się za rysunki.
Wstałem i poszedłem do swojej pracowni, czyli mojego pokoju. Tu też
panuje ten artystyczny burdel. Dzisiaj będę rysował ołówkiem. Siedziałem
dobre 15 minut i zastanawiałem się co narysować. Normalnie mi się to
nie zdarza. W końcu przez moją wyobrażnię przeleciał biały gołąb. Tak,
dzisiaj narysuję gołębia.
~ I could fall apart on you right now
I don’t want to die alone.
(Sleeping With Sirens “Alone”)
Super! Kolejne części poproszę :)
OdpowiedzUsuńFajne :) Czekam teraz na tego "kolegę" ;)
OdpowiedzUsuńuu.. podoba mi się. zauważyłam kilka drobnych błędów, ale to nie ma znaczenia. :)
OdpowiedzUsuńwięcej! xD
Zaciekawiło mnie ^^ z chęcią przeczytam kolejne części :3
OdpowiedzUsuńNie powala stylistyką, ale przyjemnie się czyta :3 Czekam na dalsze części :3
OdpowiedzUsuńpoproszę ładnie o jeszcze :3
OdpowiedzUsuń@NoOtherHope