sobota, 13 kwietnia 2013

XIX. "Well I felt I couldn't take, another day inside this place"



 Czuję się Forever Alone, bo nikt nie skomentował poprzedniego rozdziału ;____;
Tak czy siak, dziękuje za te wszystkie wyświetlenia :3 
No to... Czytajcie :3 (i komentujcie :P a przynajmniej byłoby miło .__. )
Z dedykacją dla Olki :3 (huehue, wariatko ty moja :3 :*)
_____________________________________  

Frank

W nocy znowu nie mogłem spać. Ale przynajmniej już nie płakałem. Wiem, że Gerard pare razy wchodził do mojego pokoju. Tylko po co? Nagle poczuł sie winny? Nagle zachciało mu się odbudować przyjaźń? Znaczy...Nie miałem nic przeciwko... Potrzebowałem go.
Rano obudziłem się wyjątkowo wypoczęty, jak na kilka godzin snu. Zauważyłem, że jest dopiero 8, więc jak najciszej zszedłem do kuchni. Przekraczając próg kuchni zobaczyłem czarnowłosego.
-O, ty też już nie śpisz-uśmiechnął się
-Taa...-odwzajemniłem uśmiech
Podszedłem do półki i wyciągnąłem ciasteczka. Spojrzałem w stronę czarnowłosego. Jego włosy były ułożone w artystyczny nieład,  a oczy-tak jak to miał w zwyczaju-podkreślone kredką. Miał na sobie czarne rurki i czarną bluze. Chyba zauważył, że się w niego wpatruję bo popatrzył na mnie z uśmiechem.
-Coś nie tak?-spytał spoglądając na swoje ubrania
-Nie, nic. Ja tylko...
-Poszedłbyś ze mną do kościoła?-wtrącił
Otworzyłem szeroko oczy.
-A Lindsey?-spytałem
-Zanim ona wstanie...-uśmiechnął sie
W końcu po długich namowach zgodziłem się.
W nocy musiało spaść sporo śniegu, bo wszystko było przykryte kilkucentymetrową warstwą białego puchu. Dobrze, że do kościoła było blisko, bo jakbyśmy mieli jechać autem, to pół godziny byśmy odśnieżali. W połowie drogi znowu zaczął sypać śnieg. W sumie mi to nie przeszkadzało. Śnieg nadawał taką świąteczną atmosfere.
Po skończonej mszy, pogoda trochę się zepsuła. Zaczęło mocno wiać i powstała jakaś zamieć śnieżna. Zacząłem żałować, że nie wziąłem czapki, szalika, czy czegokolwiek innego. No i jeszcze do tego, zamiast normalnej, cieplutkiej kurtki, to ubrałem ukochaną, skórzaną kurteczke. Mózgu, dlaczego? Zawiał mocny wiatr i pełno śniegu sypnęło mi prosto w twarz. Od tego powiewu aż przeszedł mnie delikatny dreszcz.
Kiedy zatrzymaliśmy się na przejściu dla pieszych, czułem się jak bałwan. Cały byłem w śniegu i próbowałem się jakoś rozgrzać.
-Kurde, Frank!-krzyknął Gerard
Podniosłem głowe i spojrzałem na czarnowłosego. Co tym razem zrobiłem? Zauważyłem jak ściąga swój szalik i zakłada mi go na szyje. Poprawił mi go, tak jak troskliwa matka synkowi.
-Teraz tobie będzie zimno-stwierdziłem
Spojrzał na mnie wzrokiem w stylu "No nie żartuj" i podciągnął kurtke pod szyje. Miło z jego strony. Inaczej chyba bym tam zamarzł. No, a do tego szalik był przesiąknięty jego zapachem. Zapachem, który tak bardzo uwielbiałem, za którym tak bardzo tęskniłem, który zawsze otulał mnie do snu. Nawet się nie spostrzegłem kiedy wróciliśmy do domu. Zaraz po przekroczeniu progu, usłyszeliśmy rozmowy dobiegające z kuchni.
-Chodź, zrobię ci gorącą herbatę-zaproponował Gerard wieszając kurtkę na wieszak
Delikatnie popchnął mnie w stronę kuchni. Po wejściu do pomieszczenia zobaczyłem Alice i Mikey'go siedzących przy stoliku. Na szczęście nie było tu Lindsey.
-Lindsey jeszcze nie wstała?-spytał Gerard
-Chyba śpi-stwierdziła Alice ze swoim słodkim uśmiechem
-Gdzie byliście?-zaciekawił się Mikey
-W kościele-odpowiedział Gerard nalewając wody do czajnika-Ale się beznadziejna pogoda zrobiła. Martwię się czy Frankie mi się nie przeziębi-uśmiechnął się w moją stronę
-Nic mi nie będzie-odwzajemniłem uśmiech
W końcu z kubkami gorącej herbaty usiedliśmy w salonie. Niestety Lindsey już wstała i zaszczyciła nas swą obecnością. Na szczęście miałem okazję ją trochę podenerwować, bo ja siedziałem na kanapie obok Gerarda, a ona musiała na fotelu.
Przez cały dzień nie zrobiliśmy nic pożytecznego, jedynie obżeraliśmy się i rozmawialiśmy o różnych głupotach. Najważniejsze było to, że on był blisko. Że martwił się o mnie. Chciał dla mnie jak najlepiej. A przynajmniej tyle wywnioskowałem.
Nie wiem co takiego zrobiłem, ale Lindsey mnie nie lubi. Albo raczej nienawidzi... Jestem dla niej kimś w rodzaju niewolnika. Czy ja zrobiłem coś złego? Biedny Franiu siedzi sobie grzecznie z kubkiem herbaty, a i tak wszyscy mają do niego pretensje.
Te kilka świątecznych dni zleciało naprawdę szybko. Za to zbliżał się sylwester. Mikey zaproponował, że taką "mini imprezkę" można by zrobić u niego. Mi ten pomysł się nie podobał. Dlaczego? Gerard będzie się obściskiwał z Lindsey, a Mikey będzie z Alice. Zostanę sam.
-Frank!-wyrwała mnie z rozmyślań Alice
-Hm..?-ocknąłem się
-Zaproś tutaj tą Jennifer!
W sumie... Nie był to najgłupszy pomysł.
W końcu nadszedł sylwester. Dzięki Bogu, Jenn nie miała żadnych planów, więc zgodziła się przyjść.
Jest naprawdę spostrzegawczą dziewczyną, bo od razu wykryła, że między mną a Lindsey jest jakiś konflikt. Nie chciałem jej zdradzać całej tej historii, bo nie wiedziałem czy jej aż tak zaufać. W pewnym momencie wybuchła między nimi nawet drobna sprzeczka, ale szybko zareagowaliśmy i odciągnęliśmy je od siebie.
Ogólnie sylwester fajnie minął. Nie zwracałem zbytnio uwagi na Lindsey i Gerarda, bo większość czasu spędziłem z Jennifer. Ona jest naprawdę niesamowita. Można przy niej zapomnieć o wszystkich problemach.

* * *

W końcu dobiegł koniec mojego pobytu u Mikey'go. Myślałem, że będzie o wiele gorzej. Z chęcią bym to powtórzył.
Siedziałem w swoim pokoiku i pakowałem ciuchy do torby.
-Hej, Frankie-usłyszałem
Powoli się odwróciłem i zobaczyłem jak do pokoju wślizguje się Gerard.
-Miło było cię spotkać-uśmiechnął się
-Ciebie też-westchnąłem
-Może teraz będziemy się częściej spotykać?-spytał
-Z chęcią-ucieszyłem się
-Wystarczy jeden telefon i od razu do ciebie przyjdę-powiedział i zrobił krok w moją stronę
Po chwili delikatnie mnie uścisnął. Odwzajemniłem uścisk, by móc go przy sobie zatrzymać na dłużej. W końcu nie wiadomo, kiedy się nadarzy kolejna okazja.

wtorek, 9 kwietnia 2013

XVIII. "Well, you can hide a lot about yourself But honey what are you gonna do?"



 Wreszcie dodaje rozdział :D (wybaczcie, ale ostatnio nie mam dostępu do laptopa... ;__; )
Rozdział nie jest za długi, ale mam nadzieje że się spodoba :3
Z dedykacją dla Olki Marty. I osób z fejsa:  Doroty i Alicji (tak dla ciebie wariatko ;*) 
No i dla Fun Puppy :D Twoje komentarze mnie zawsze rozwalają :D Ale to dobrze :3
Bardzo mnie cieszy, że mam tyle wyświetleń <3
Nie wiem kiedy dodam kolejny rozdział, ale mam nadzieję, że uda mi się w czwartek.. :3
Miłego czytania xd  
Kocham was :3
___________________________________________  

Gerard

Kiedy usłyszałem, że Frank szlochał, musiałem sprawdzić co sie dzieje. Byłem mu to winny. Tylko tyle mogłem zrobić. Nie wiedziałem, że to dla niego aż taki ból. I nie spodziewałem sie takiego potoku łez. Wiem, że już pewnie nigdy mi nie wybaczy tej krzywdy, ale będe się starał. Będe walczył o jego zaufanie. Nie poddam się. On zasługuje na szczęście. Szczęście, którego ja nie byłem w stanie mu podarować.
Od samego rana trwały przygotowania do kolacji wigilijnej. Większością oczywiście zajęły sie te dwie ślicznotki. Frank w tym czasie odsypiał nieprzespaną noc, a ja i Mikey wylegiwaliśmy sie na kanapie.
-Frank dalej śpi?-zdziwił sie blondyn
-Raczej tak. Nie spał pół nocy-odparłem i wziąłem do ręki kubek z herbatą
-Serio?
-Yhm. Płakał
Po chwili usłyszeliśmy trzask zamykanych drzwi i oboje spojrzeliśmy w strone schodów. Powoli schodził po nich zaspany Frank. Miał ubraną czarną koszulke z The Misfits, czarne rurki, a jego włosy odstawały z każdej strony. Jakby piorun trzasnął w szczypiorek. Zobaczył nas i uśmiechnął sie nieśmiało.
-Jak sie spało?-spytał Mikey
-Źle-odpowiedział i podszedł do blondyna
Zabrał mu kubek i wypił reszte kawy. Mikey zrobił zniesmaczoną mine, a Frank przysiadł sie obok. Przyjrzałem mu sie. Miał lekko podkrążone oczy, a tak po za tym to wyglądał dość zwyczajnie. Spojrzałem na koszulke. Chwile mi zajęło zanim do mnie dotarło, że to jest moja koszulka. Musiałem ją zostawić u niego kiedy sie wyprowadzałem. Ale pasowała mu nawet bardziej niż mi.
Po tej nocy, wiedziałem, że musze ograniczyć obściskiwanie sie z Lindsey i więcej czasu poświęcić Frankowi. Nie chce, żeby nie przespał całej kolejnej nocy. Biedak też potrzebuje snu. I potrzebuje szczęścia.
Przeczesałem włosy i jeszcze raz spojrzałem na Franka. Bawił się kubkiem co jakiś czas spoglądając na mnie. Cała ta sytuacja dała mi wiele do myślenia. Minął już rok, myślałem, że mu przeszło, myślałem, że już zapomniał.Myliłem się. Znowu. Popełniam więcej błędów niż zwyczajny człowiek. Jestem beznadziejny. Ale najgorsze jest to, że złamałem obietnicę daną Frankowi. Miałem być na zawsze.
Po chwili do salonu weszła Alice ze śniadaniem.
-O Frank, wstałeś już-uśmiechnęła sie-Gerard mówił, że większość nocy nie spałeś
Frank spojrzał na mnie, a po chwili spuścił wzrok. Zaczął bawić sie włosami, nie zwracając na nas uwagi. Zamknął sie w sobie. Było to widać. Rok temu, gdyby płakał w moich ramionach, od razu powiedziałby o co chodzi. Teraz mogłem sie tylko domyślać. Jasne, wiem, że chodzi o mnie. Ale chciałbym wiedzieć o co dokładniej. Gdyby powiedział, że mam z nim nie rozmawiać, albo coś to byłoby dużo łatwiej. Musze sprawić, aby znowu sie otworzył. Przecież nie może dusić tych wszystkich uczuć w swoim drobnym ciele. Każdy potrzebuje sie komuś wygadać. Od tego są przyjaciele. Zawiodłem go jako chłopak i jako przyjaciel, więc teraz musze to naprawić i mieć nadzieje, że na nowo mi zaufa.
-Ruszylibyście tyłki i nam pomogli-stwierdziła z uśmiechem Lindsey
-Ale wy sobie bez nas wspaniale radzicie-odpowiedziałem przeciągając sie
-Oj Gerard, Gerard-westchnęła Lindsey i zaczęła bawić sie moimi włosami
- Może chociaż ty Frank, będziesz na tyle kulturalny i mi pomożesz-poprosiłaAlice
-Z chęcią-zerwał sie niemal od razu
Szybko poszedł do kuchni, zostawiając zaskoczoną Alice w salonie. Już chciała do niego ruszyć, ale chwyciłem ją za ręke.
-Mogę z nim na chwilę pogadać sam na sam?-spytałem
Spojrzała na mnie zdziwiona.
-Jasne-odpowiedziała w końcu
Wstałem z kanapy i poszedłem do kuchni. Frankie siedział przy stole i kiedy mnie zobaczył, opuścił głowę zasłaniając się czarnymi włosami.
-Chciałem porozmawiać-odezwałem się
-O czym?
-O wczorajszej nocy-odparłem
-Nie ma o czym rozmawiać-stwierdził i jeszcze bardziej zasłonił się włosami
-Słuchaj, możesz od razu powiedzieć o co chodzi, albo będziesz się dręczył ukrywając to... No to jak Frankie?
Przetarł wierzchem dłoni oczy i przez chwilę się nie odzywał.
-Ja cię potrzebuje-szepnął
Podszedłem do niego i go uścisnąłem. Okropnie się czułem, widząc go takiego smutnego. Chciałem sprawić, że znowu się zaprzyjaźnimy. Mikey kazał mi jednak zachowywać dystans. Powiedział, że lepiej będzie, jeśli nie będe z Frankiem zbyt często rozmawiał i spędzał czasu sam na sam. A ja uważam, że on tego potrzebuje. Ale co ja się znam? Zostawiłem go samego, więc on ma prawo mnie nienawidzić. Jednak będe próbował to zmienić. Sprawię, że na nowo mi zaufa.
Jednak Lindsey cała ta sytuacja się nie podobała. Do tego traktowała Franka jak służącego. Darzyła go taką nienawiścią, jak dzieci fasolkę. Dobra, głupie porównanie. W każdym bądź razie, krew gotowała się w niej za każdym razem jak go widziała. Nie chciała z nim rozmawiać, a gdy już musiała to była wyjątkowo bezczelna. Próbowałem z nią o tym porozmawiać, ale ona uznawała, że nie ma o czym. Nie chciałem wywoływać kłótni, więc odpuszczałem. Nie miałem ochoty kłócić się w wigilię.


* * *

Niczym małe dzieci wypatrywaliśmy pierwszej gwiazdki. W sumie niepotrzebnie, bo większość z nas już zdychała z głodu, więc zrezygnowaliśmy z czekania. Dziewczyny przygotowały wspaniałą kolacje. Pomieszały różne kultury i tradycje, a efekt tego był naprawdę niesamowity. Jedzenia było mnóstwo, ale i tak dość szybko zniknęło ze stołu. Chyba faktycznie byliśmy głodni...
Oczywiście, cofnęliśmy się do dziecięcych lat i wyczekiwaliśmy prezentów. Chyba każdy dostał coś związanego z muzyką i coś słodkiego.
Całe to rozdawanie prezentów, potem głupie rozmowy i obżeranie sie, zajęło nam sporo czasu. No, a do tego w telewizji leciał "Kevin sam w domu". Do snu udaliśmy sie dopiero jakoś po północy.
Poszedłem spać z myślą, że Frank dzisiaj chyba wreszcie był szczęśliwy. Było to widać w jego oczach. Ten błysk radości. Mimo to, parokrotnie w nocy szedłem do jego pokoju sprawdzić czy na pewno nie płacze. Nie chce, aby znowu był smutny i nie spał pół nocy. Zależy mi na tym aby był szczęśliwy. Już i tak zniósł wiele cierpienia. Przeze mnie. Chce mu pokazać, że ma we mnie wsparcie. Że w każdej chwili może powiedzieć co mu leży na sercu.

sobota, 6 kwietnia 2013

XVII. "If I'm so wrong how can you listen all night long?"



 Pogoda za oknem idealnie pasuje do tego rozdziału xd
Dziękuje za te wyświetlenia :D (Tak, bede tak pisać przy każdym rozdziale, bo to wiele dla mnie znaczy .___.)
Zastanawia mnie co po tym rozdziale będziecie myśleć o Gerardzie :3 Huehuehue, nic więcej nie móie. Czytajcie ^^
_______________________________________  

Frank

Zbliżały sie święta. Chyba pierwszy raz miałem je spędzić sam. Mikey pewnie będzie z rodziną, a nie chce sie na siłe wtrącać. Niby mógł je spędzić z moją rodziną, ale oni nawet do mnie nie zadzwonili i nie zapytali czy mam z kim spędzić święta. Miło z ich strony.
Leżałem na kanapie wpatrując sie w sufit. Już minął prawie rok odkąd jestem sam. Z każdym dniem jest ze mną coraz lepiej. Chyba.
Usłyszałem dzwonek do drzwi. Byłem pewny że to Mikey. Ewentualnie Alice. Nikt inny mnie nie odwiedza. Nie pomyliłem sie. Przyszedł Mikey.
Rozsiedliśmy sie wygodnie na kanapie i czekałem aż coś powie.
-Frank, zbliżają sie święta i tak sobie pomyślałem, że przydałoby sie je spędzić w rodzinnym gronie...-zaczął-Zaprosiłem do siebie Gerarda i Lindsey. Chciałbyś do nas dołączyć?
-Nie-odpowiedziałem natychmiast
-Ale Frank... Gerardowi bardzo zależy na tym żebyś był
Zależy mu? Po tym wszystkim? Po całym tym czasie chce abym pojawił sie na jakiś głupich świętach?
-Zrób to dla mnie. I dla Alice-kontynuował
Tym argumentom nie mogłem ulec. Przecież nie musze rozmawiać z Gerardem i Lindsey skoro mam Mikey'go i Alice. Jesteśmy taką małą rodzinką.
W końcu zgodziłem sie. Mikey był tą wiadomością bardzo uradowany. Po jego wyjściu ruszyłem do pokoju. Spojrzałem na telefon. Jedno nieodebrane połączenie. Gerard. Dzwonił do mnie, a ja głupi nie odebrałem! Oddzwonić? Jeżeli będzie coś chciał to zadzwoni znowu. Nie będe sie narzucał. A po za tym czy ja chce z nim gadać? Dobra, nie oszukujmy sie. Marze o tym. Cały czas czekałem na ten jeden jedyny telefon, a kiedy już zadzwonił, to akurat siedziałem w innym pokoju i nie słyszałem. Szczyt nieszczęścia.Chwila, zostawił wiadomość. Posłuchać, czy nie posłuchać, oto jest pytanie...
W końcu zdecydowałem się i postanowiłem odsłuchać wiadomość:
-Cześć Frank. Wiem, że długo się nie odzywałem i w ogóle, ale chciałem ci życzyć wesołych świąt. I dużo zdrowia i szczęścia. Fajnie by było jakbyś oddzwonił, no.. chyba że nie chcesz... No to jeszcze raz wesołych świąt. Trzymaj się! 
Krótko, zwięźle i na temat. Przez chwile miałem ochotę kliknąć zieloną słuchawkę i do niego zadzwonić. Ale po co? Odłożyłem telefon i położyłem się na łóżku.

* * *

Mikey przyszedł do mnie dzień przed Wigilią. Wolał mieć pewność, że w drodze do jego domu nie rzuce sie pod jakieś auto. Czasami chyba troche przesadzał.
Zaraz po wejściu do domu poczułem przepiękny zapach dochodzący z kuchni. Alice to wspaniała kucharka. Po zapachu mogłem stwierdzić, że przyrządza właśnie pierniczki. Zdjąłem kurtke i buty, a po chwili wkroczyłem do zabałaganionej kuchni.
-O, Frank! Wspaniale że jesteś-ucieszyła sie i cmoknęła mnie w policzek
Mikey w tym czasie zabrał moją małą walizke i zaniósł ją do pokoju w którym zazwyczaj sypiałem.
-Pomóc ci w czymś?-spytałem Alice biegającą po kuchni
-Byłoby wspaniale-uśmiechnęła sie-Bo Mikey jest zbyt leniwy
-Nie jestem leniwy!-usłyszeliśmy krzyk blondyna-Robie dużo innych rzeczy!
Podczas pomagania w gotowaniu niecierpliwiłem sie cholernie. Nie mogłem sie doczekać, aż przyjdzie czarnowłosy. To nic, że przyjdzie z tą szkapą. Chce go zobaczyć. Porozmawiać z nim.
Pomagałem Alice ogarnąć kuchnie, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Mikey leniwie wstał z krzesła i poszedł je otworzyć. Przymknąłem oczy i próbowałem uspokoić myśli. Nie widziałem bo tak długo i sam nie wiedziałem jak mam zareagować.
Poczułem czyjąś dłoń na moim ramieniu. Otworzyłem oczy i zobaczyłem wpatrującą sie we mnie z uśmiechem Alice.
-Będzie dobrze-szepnęła
Naprawdę wyjątkowa dziewczyna. Mikey ma szczęście. Niech tylko tego nie spieprzy.
Usłyszałem jakieś powitania w przedpokoju. "Hej Lindsey", "Cześć Mikey!" i jakieś śmiechy. Po chwili w progu kuchni stanął on. Mój czarnowłosy. Taki sam jak kiedyś. Ze swoim uśmiechem i kochanym spojrzeniem. Ogarnął wzrokiem kuchnie, a po chwili podszedł do Alice.
-Hej Alice-przywitał ją i pocałował w policzek
-Cześć Gee
Po chwili spojrzał na mnie. Uśmiechnął sie szeroko.
-Wspaniale, że jednak jesteś Frank-powiedział i uścisnął mnie
Tego mi brakowało. Jego silnego i przyjemnego uścisku. Jego głosu. Po prostu jego.
Po chwil w kuchni pojawiła sie również Lindsey. Popatrzyła na mnie wzrokiem mordercy, a potem podeszła do Alice. W sklepie wydawała sie być taka milutka. Dziewczyna z charakterkiem.
Gerard poszedł pogadać z Mikey'em, a Lindsey udała się do łazienki.
-Wszystko w porządku?-spytała Alice
-Tak. Nie. Nie wiem-odparłem
Podała mi pudełeczko ulubionych ciastek. Zawsze kiedy byłem smutny mi je dawała. Z resztą sama je uwielbiała. Zaczęliśmy sie obżerać ciasteczkami z kawałkami czekolady.
Gerard jest w pokoju obok. Uścisnął mnie. Ale to nie zmienia faktu, że nie może być mój. Ale przynajmniej mam okazje spędzić z nim troche czasu. Tylko czy to nie sprawi, że potem będe tęsknił jeszcze bardziej? Może lepiej byłoby gdybym nie zwracał na niego uwagi? Nie rozmawiał z nim? Problem tkwi w tym, że ja chce z nim rozmawiać. Potrzebuje tego. Zależało mu na tym, żebym przyjechał. Chyba, że Mikey mnie okłamał. Nie, nie zrobiłby mi tego. Jedynym problemem w całej tej sytuacji była pewna osoba imieniem Lindsey. Pewnie będzie specjalnie kręciła sie koło Gerarda utrudniając mi wszystko. I będe musiał widzieć ich obściskujących sie na każdym kroku. Mogłem zostać w domu. Spędzać święta samotnie. Tu będe sie czuł jak piąte koło u wozu.
-Przygotowałam to pyszne ciasto-usłyszeliśmy Lindsey
-Mmmm... to wspaniale-uśmiechnęła sie Alice-Ja ze słodkości, to przygotowałam pierniczki, sernik i szarlotke.
-Kochana i kto to wszystko zje?-obydwie wybuchnęły śmiechem
Damskie pogaduchy to nie dla mnie. Wycofałem sie z kuchni i poszedłem do salonu, gdzie bracia Way zawzięcie dyskutowali. Widząc mnie chwilowo sie zawahali a potem zmienili temat. Świetnie, jestem niechciany.
-Frank siadaj-zachęcił Mikey-Będzie leciała jakaś fajna komedyjka
Spojrzałem na Gerarda, a on uśmiechnął sie zachęcająco. W końcu przysiadłem obok blondyna. Co chwila spoglądałem na czarnowłosego. Czy ja coś jeszcze dla niego znacze? Pewnie po prostu chce odbudować przyjaźń. Tylko czemu cały ten czas sie nie odzywał? Myślał że tak będzie dla mnie lepiej? Myślał, że jeżeli sie nie będzie odzywał to o nim zapomne? Nigdy o nim nie zapomne. Cały czas będe myślał o tych wszystkich wspólnie spędzonych chwilach.
Jak sie okazało, państwo czarnowłosy i czarnowłosa szkapa, mieli mieć pokój zaraz obok. Świetnie, będe miał czego słuchać po nocach.
W nocy leżałem bezczynnie na łóżku. Nie chciało mi sie spać. Nic mi sie nie chciało. W pokoju obok spał sobie z wymarzoną dziewczyną mój ukochany. Dlaczego życie mi to robi? Mogłem siedzieć w domu i wspominać. Po moim policzku popłynęła łza. Co Lindsey ma w sobie takiego czego nie mam ja? A tak, ona jest dziewczyną.
Usłyszałem uchylające sie drzwi. Obstawiałem, że to Mikey, przyszedł sprawdzić co ze mną. Mimo panujących egipskich ciemności, dostrzegłem, że to na pewno nie jest Mikey. A co jeżeli to Lindsey, która okaże sie psychopatką?! Będzie chciała nas wszystkich pozabijać i zacznie właśnie ode mnie?! Za dużo horrorów.
-Co sie stało?-usłyszałem
Nie, ten głos na pewno nie należał do psychopatycznej Lindsey. Do Alice stanowczo też nie. Gerard. Wierzchem dłoni otarłem łzy.
-Co ty tu robisz?-spytałem
-Szedłem do kuchni i usłyszałem szloch, więc postanowiłem sprawdzić co sie stało-odpowiedział
Wpatrywałem sie w niego przez chwile. Przez to, że było cholernie ciemno, nie mogłem wyczytać emocji z jego twarzy. A zawsze było to wyjątkowo łatwe. Chyba, że Lindsey nagle tak go zmieniła.
-Frank, ja cie przepraszam, że sie nie odzywałem. Przecież byliśmy przyjaciółmi... Ale uznałem że tak będzie lepiej-odezwał sie
Wybuchnąłem płaczem. Jestem beznadziejny. Nie powiedział nic takiego, a ja musiałem sie poryczeć. Przytuliłem sie do niego. Zaskoczyło go to, ale mnie nie odepchnął. Po chwili mojego płaczu, odwzajemnił uścisk. Potrzebowałem jego silnych ramion. Potrzebowałem jego bliskości. Rękaw jego koszulki był już mokry od moich łez. Trzymał mnie w ramionach tak długo, aż sie nie uspokoiłem.
-Już dobrze?-szepnął z troską
Przetarłem dłonią oczy.
-Tak, chyba tak-odpowiedziałem
-To teraz idź już spać
Spojrzałem na zegar. Był ze mną dobre pół godziny. A przecież nie musiał. Mógł olać moje głupie szlochanie i zostawić mnie z tym samego.

środa, 3 kwietnia 2013

XVI. "I'm not much a poet, but a criminal"


Ok, wreszcie dodaje nowy rozdział :3
Dziękuje za wyświetlenia *u*
____________________________________

Gerard

Minął już prawie rok, odkąd jestem szczęśliwy z Lindsey. O Franku dość szybko zapomniałem. Znaczy... Nie martwiłem sie już tak o niego. Niech żyje własnym życiem. Przez jakiś czas myślałem, żeby do niego zadzwonić i jak starzy przyjaciele pogadać, ale nie byłoby o czym. Przecież nie zapytam co u niego. Za to zadzwoniłem do Ray'a. Jak sie dowiedziałem, nadal spotyka sie ze swoją szkolną miłością Lilly i planują ślub. Może ja też powinienem sie już ustatkować? Założyć rodzine? Zaplanować przyszłość razem z Lindsey?
Rano obudziły mnie promienie słońca. Mimo ciemnej zasłony i tak światło słoneczne się przebijało. Spojrzałem na miejsce obok mnie. Lindsey leżała blisko mnie, nadal pogrążona w śnie. Zegar wskazywał godzinę 10:12. Przydałoby sie ruszyć dupe i wstać. Po cichu wstałem z łóżka i przeszedłem przez pokój, starając sie na stanąć na skrzypiące deski. Poszedłem w strone kuchni, żeby zrobić sobie kawe. Taka kawa zaraz z rana, zawsze pomagała mi stanąć na nogi. Ale nie tylko mi. Lindsey też ją uwielbiała. Postanowiłem od razu przygotować dwie.
Spojrzałem za okno. Mimo tego, że już jest grudzień i za niedługo będą święta, słońce mocno prażyło i stopniowo roztapiało śnieg. Piękne bałwanki lepione przez dzieci z sąsiedztwa zamieniały się w kałuże.
Czekałem, aż woda się zagotuje, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Kto do cholery przychodzi tak wcześnie? Szybko ubrałem spodnie i jakąś koszulke i poszedłem otworzyć drzwi.
-Cześć Gerard-przywitał mnie wysoki blondyn
Mój brat Mikey mnie odwiedza? Po tym wszystkim, po prostu przychodzi do naszego domu?
-Cześć Mikey-odpowiedziałem nadal lekko zdziwiony zaistniałą sytuacją
-Moge wejść?-spytał
Otworzyłem szerzej drzwi i wykonałem zachęcający gest. Chłopak wkroczył do domu delikatnie sie rozglądając. Z tego co pamiętam w środku nigdy nie był, jedynie pare razy był pod tym domem. Rozejrzał sie, ściągnął kurtke i buty, a po chwili odezwał sie:
-Chciałem pogadać
Można było sie domyślić. Zaprosiłem go do salonu. Rozłożył sie na kanapie, a ja poszedłem do kuchni po kubki z kawą. Podałem bratu kubek, a on niemal od razu upił łyk.
-Jest Lindsey?-spytał szeptem
-Jest, ale śpi-odparłem
Założył noge na noge i odstawił kubek. Przypatrzył mi sie, tak jakby nie miał pewności czy to aby na pewno ja. Ale nie zmieniłem sie zbytnio. Nie z wyglądu.
-No wiesz... Zbliżają sie święta i tak sobie pomyślałem, że może z Lindsey przyjechalibyście do nas?-odezwał sie w końcu
Po całym tym czasie, kiedy sie do niego nie odzywałem zaprasza mnie na święta? Miło z jego strony. Lindsey pewnie nie będzie miała nic przeciwko, w końcu z Alice od zawsze były przyjaciółkami.
-Z chęcią-uśmiechnąłem sie-Mikey....A co u Franka?
Spiorunował mnie wzrokiem. Fakt, to tak głupio nagle o niego pytać po tym wszystkim... Ale jednak mnie to ciekawiło. Może sobie kogoś znalazł?
-Nie najlepiej-odparł
A więc nadal jest nieszczęśliwy. Zachowałem sie bezczelnie. Mógłbym sie chociaż do niego odezwać, a nie tak nagle wyparować. Przecież byliśmy przyjaciółmi. I nadal powinniśmy być.
-Mikey... A może by tak zaprosić też Franka?-zaproponowałem-Chciałbym odbudować przyjaźń
Przez chwile wpatrywał się w kubek, w milczeniu. Jego mina mówiła że sie waha. Sam sie długo wahałem. W końcu nie wiem, czy po tym wszystkim Frank chciałby mnie widzieć. Ale zrobiłbym wszystko by na nowo mi zaufał i stał sie moim przyjacielem. Nie chce mieć w nim wroga. Chce by było jak dawniej. Żebyśmy sie śmiali z głupich żartów, grali razem na gitarze, rozmawiali o byle czym. Tak jak przyjaciele.
 -Moge go zapytać-odparł w końcu
-Powiedz mu, że bardzo mi na tym zależy-dodałem
-Ale wiesz, że ciężko mu będzie patrzeć na to, jak obściskujesz sie z Lindsey?
-Ogranicze to do minimum-uśmiechnąłem sie
Zdążyliśmy już wypić kawe, kiedy usłyszeliśmy kroki. Lindsey wreszcie wstała. Mały śpioch.
-Cześć Mikey-odparła
-Witaj Lindsey-przywitał ją machając ręką
Założyła szlafrok i przysiadła sie obok nas. Wzięła mi z ręki kubek i spojrzała czy coś w nim jeszcze jest.
-Zaraz ci zrobie kawe-powiedziałem całując ją w policzek-A w ogóle to Mikey przyszedł, aby nas zaprosić do siebie na święta
Popatrzyła podejrzliwie na Mikey'go, a potem na mnie. Po chwili na jej twarzy zawitał uśmiech.
-To świetnie! Uwielbiam takie rodzinne święta-odpowiedziała 
Leniwie poszła w strone kuchni, a chwile potem Mikey zerwał sie z kanapy.
-No to ja już wam nie będe przeszkadzać-odparł
-Nie przeszkadzasz. Zawsze będziesz tu mile widziany.
Uśmiechnął sie delikatnie. Ubrał buty i kurtke, a na koniec uścisnęliśmy sie.
Po jego wyjściu poszedłem w strone kuchni. Lindsey patrzyła na dzieciaki bawiące sie w resztkach śniegu. Próbowały ratować te bałwanki, które zmieniały sie w wode. Kochane dzieciaki. Czasami lubiłem wziąć sobie kubek z gorącą kawą i patrzeć czym sie zajmują. To fascynujące, jak zwykły śnieg, może przynosić im tyle radości. My, dorośli, cały czas narzekamy. A bo przez śnieg nie możemy wyjechać. A tu znowu trzeba odśnieżać. A dzieci? Dzieci cieszą sie z tego co mają. Są magiczne.
Spojrzałem na Lindsey. Byłaby dobrą matką. Troskliwą i kochająca.

* * *
Z każdym dniem było coraz bliżej do świąt. Nadal nie do końca wiedziałem czy Frank będzie, ale miałem nadzieje, że tak.
Uwielbiam ten czas przed świętami. Uliczki są przyozdobione w przeróżne światełka, gwiazdki i inne pierdoły. W sklepach mnóstwo zabawek i uradowanych dzieci. Jedyny minus to narzekający na wszystko rodzice. Martwią sie że tyle pieniędzy wydają. Fakt, w święta schodzi dużo pieniędzy, ale ważna jest sama świadomość, że sprawiło sie komuś radość kupując prezent. Nie ważne czy drogi czy nie. Liczy sie gest.
Postanowiłem zadzwonić do każdego z moich starych znajomych. Odebrało tylko kilku, ale zawsze coś. Każdemu złożyłem życzenia i pogadaliśmy chwile. Przez chwile chciałem zadzwonić do Franka. Powinienem? Przecież to tylko telefon...W końcu zaryzykowałem i wybrałem jego numer. Po kilku sygnałach, włączyła sie poczta. Pewnie zobaczył, że to mój numer i nie chciał odbierać. Nie chciał psuć sobie tej świątecznej atmosfery. W każdym razie nagrałem mu sie i liczyłem, że oddzwoni. Pewnie nie oddzwoni, ale zawsze warto mieć nadzieje.
-Skarbie, gadałam z Alice. Mówiła, że byłoby fajnie jakbym upiekła to swoje słynne ciasto czekoladowe-powiedziała Lindsey wyrywając mnie z rozmyślań-Skoczyłbyś do sklepu po potrzebne rzeczy?
-Dla ciasta czekoladowego zrobie wszystko-uśmiechnąłem sie
Przez całą droge do sklepu i z powrotem, nasłuchiwałem czy przypadkiem nie dzwoni telefon. Jedyna osoba która zadzwoniła to Mikey, który poinformował mnie, że zaraz idzie do Franka z nim na ten temat pogadać. 
Żałuje, że wcześniej ani razu nie dzwoniłem do Franka. Z resztą, jakby tak o tym pomyśleć, to żałuje wielu rzeczy. Jedyna rzecz z której jestem naprawdę zadowolony to, że wróciłem do Lindsey.