sobota, 23 marca 2013

Notatka #1

Jak pewnie wiecie rozpadło sie My Chemical Romance.
Dla mnie jest to strata osobista. To tak jakby umarła część mnie.
Ich muzyka zawsze wyciągała mnie z doła, pomagała stanąć na nogi, uwierzyć w siebie i w to że jestem czegoś warta. A tu okazuje sie że to koniec. Mam ochote zasnąć i już więcej sie nie obudzić.
Większość z was pomyśli "Jezu, przecież to tylko zespół", jednak dla mnie to byli bohaterowie. Moi prywatni bohaterowie.
Kiedy tylko weszłam na ich strone i zobaczyłam tego posta, zaczęłam ryczeć. Po prostu jak głupie dziecko ryczałam.
Mam nadzieje że po prostu ktoś sie włamał na ich strone, nie wiem cokolwiek! Jeśli to faktycznie koniec to od razu możecie mnie zastrzelić. Prosze o zbyt wiele?
Nie no, żyjmy nadal. Nie wiem jak, ale żyjmy.
Nie wiem kiedy dodam kolejny rozdział. Jestem zbyt wstrząśnięta i póki sie to jakoś nie wyjaśni, to raczej nie będe zbyt aktywna. Przepraszam wszystkich, ale to naprawdę jest dla mnie coś bardzo osobistego.
W każdej piosence było coś wyjątkowego. Większość była dla mnie po prostu wsparciem. Kiedy miałam beznadziejny humor słuchałam "I'm not okay(I promise)" i darłam sie na cały dom "I'm not o-fucking-kay", kiedy działo sie coś złego i czułam sie osamotniona, słuchałam "Famous Last Words" i śpiewałam "I am not afraid to keep on living. I am not afraid to walk this world alone".
Przepraszam wszystkich. Może do jutra sie pozbieram i będe w stanie napisać chociaż kilka zdań, bo na razie nie umiem poskładać zdania.
Więc módlmy sie że to jakiś głupi żart, czy cokolwiek innego. Przepraszam za te bzdety, ale po prostu musiałam wyjaśnić te kilka spraw. Mogłabym was długo różnymi cytatami zamęczać ale wiem że i tak nikt by tego nie czytał...
 Tak więc, być może po raz ostatni: Killyjoys, make some noise!

So long and goodnight 2001-2013 

piątek, 22 marca 2013

X. "There're things that I have done"



 Dzisiaj taki trochę dłuższy rozdział :3
I pytanie dla was: Jak myślicie, co takiego zrobił Gerard :3 ? (logiczne jest tylko jedno wyjście, no chyba że ktoś ma baardzo bujną wyobraźnie... Tak Olka o tobie mowa :P)
____________________________________ 

Gerard

Te walentynki były najlepszymi walentynkami na świecie. Frankowi najwyraźniej też sie podobało. Boże, byłem taki szczęśliwy. Nawet do Lindsey nie czułem takiego silnego uczucia, jak teraz do Franka. Był dla mnie wszystkim.
-Co ty jakiś taki szczęśliwy?-spytał mój brat Mikey, na wspólnych zakupach-Lindsey wróciła?
-Znalazłem kogoś o wiele lepszego od Lindsey-uśmiechnąłem sie-I bardzo mu zależy na poznaniu ciebie
-Mu?-zdziwił sie
-O, czyli nie wspomniałem że to chłopak
-Jakoś zapomniałeś-odwzajemnił uśmiech
Mikey. Najlepszy brat na świecie. Można z nim pogadać o wszystkim i zawsze jest wsparciem. Szkoda, że troche go wcześniej olałem. Ale wybaczył mi. Nigdy nie obchodził go mój wygląd, ani to z kim sie umawiam. Kochał mnie za to kim jestem. Kolejna taka ważna osoba w moim życiu. Zawsze dbałem o jego bezpieczeństwo i aby czuł sie dobrze. Broniłem go przed rodzicami i pomagałem w nauce. Starałem sie jak najbardziej, by miał wspaniałe dzieciństwo. Szczerze mówiąc nigdy zbytnio sie nie kłóciliśmy.
Szliśmy już w strone kasy, kiedy Mikey nagle zatrzymał sie.
-Kurde, zapomniałem płatków-westchnął
-Mam nadzieje, że nie masz na myśli płatków z jednorożcami...
Uśmiechnął sie i poszedł w głąb sklepu. Tak jak myślałem wrócił z płatkami z jednorożcami. Jego miłość z dzieciństwa. W wieku 10 lat oglądnął jakąś głupią bajke z jednorożcami i je pokochał. Zaczął kupować pluszaki, pościel i wszystko inne z ich wizerunkiem. I nadal je kocha. Wariat. Jego dziewczyna jest naprawdę wyjątkowa. No i powinien być mi wdzięczny, bo skromnie powiem, że to moja zasługa, że teraz są razem. Alice, to moja najlepsza przyjaciółka. Mikey poznał ją na mojej imprezie urodzinowej.
W końcu wyszliśmy ze sklepu.
-No to zaprosze was w jakiś dzień do mnie na obiad-uśmiechnął sie
-Z chęcią przyjdziemy-odzwajemniłem uśmiech

* * *

Zadzwoniła do mnie Lindsey i poprosiła o spotkanie. Zgodziłem sie, no bo czemu nie? Chciałem usłyszeć co ma po tym wszystkim do powiedzenia. Frankowi nic nie mówiłem. Nie wiem czemu. Żeby sie nie martwił? Nie to głupie.
W każdym razie postanowiliśmy sie spotkać w restauracji do której kiedyś zawsze chodziliśmy. Miłe wspomnienia.
Kiedy byłem już prawie pod restauracją zobaczyłem dziewczęcą postać. To na pewno była Lindsey.
-Hej-ucieszyła sie na mój widok i delikatnie mnie uścisnęła
Minęło tyle czasu a ona się nadal nie zmieniła. Nadal miała czarne włosy, które idealnie pasowały do jej brązowych oczu. Wciąż ten sam szczery uśmiech i wesoły głos. Do tego ten jej typowy rockowy styl. Nie dziwie sie, że kiedyś mi sie podobała. Wyróżniała sie wśród innych dziewczyn. Większość to jakieś głupie plastiki, które bardzo przejmowały sie modą. A ona? Ona ubierała to co sie jej w danej chwili podobało i miała gdzieś czy to jest modne czy nie. Nigdy nie nosiła szpilek tylko trampki, a czasami nawet glany. I uwielbiała te same zespoły co ja. Ideał, po prostu ideał.
Weszliśmy do restauracji i usiedliśmy.
-Lindsey... czemu chciałaś sie spotkać?-spytałem po chwilowej ciszy
Zaczęła bawić sie szklanką wody, a wzrok wbiła w jeden punkt. Powoli sie niecierpliwiłem ale w końcu odezwała sie:
-Chciałam coś wyjaśnić
Spojrzałem na nią pytająco. Po chwili kontynuowała:
-Gerard.. Zerwałam z tobą, nie dlatego, że przestałam cie kochać, tylko po prostu musiałam wyjechać na jakiś czas do Francji, a taki związek na odległość jest według mnie bez sensu...
Zostawiła mnie, bo musiała wyjechać? Nawet nie mogła mi powiedzieć prawdy? Wprost powiedzieć o co chodzi? Niszczyłem sie od środka przez nią. Przez jej głupote.
-Wiem, że to tak troche głupio...Ale chciałbyś do mnie wrócić?
Wrócić? Po tym wszystkim co zrobiła? No chyba ją coś do reszty pojebało. Chociaż, jak ją tak zobaczyłem to coś mnie ukuło w sercu. Wspomnienia.  
-Możemy zostać przyjaciółmi-odezwałem sie w końcu-Ja już kogoś mam
Popatrzyła na mnie troche zasmucona. Nie spodziewała sie takiej odpowiedzi. Pewnie myślała, że owinęła mnie sobie wokół palca i rzuce sie na nią i powiem "Jasne że wróce".  Nie wróce. To już przeszłość.
-No to przyjaźń-uśmiechnęła sie po chwili i podniosła kieliszek z szampanem
Jeżeli troche wypije to przecież nic sie nie stanie. Nie chce sie schlać w trzy dupy, tylko uczcić przyjaźń. Wziąłem do ręki kieliszek i stuknęliśmy o nie nawzajem i upiliśmy łyk. O dziwo, nie wypiłem więcej niż ten jeden kieliszek. W końcu koło 21 postanowiliśmy wrócić do domu.
-Dzięki za spotkanie-powiedziała na koniec i pocałowała mnie w policzek
Wróciłem do domu najciszej jak mogłem.
-Nareszcie jesteś!-usłyszałem-Boże, ja sie tu martwie, a ty nawet nie raczysz odebrać telefonu!
-Przepraszam Frankie...-odparłem i cmoknąłem go w usta-Chyba nie jesteś na mnie zły..?
-Nie, po prostu sie martwiłem-uśmiechnął sie

* * *

Jakiś czas później Frank i Mikey w końcu sie poznali. I bardzo sie polubili. Ale nie o tym chciałem mówić.
W sobote wróciłem dość późno do domu, bo musiałem w pracy pisać jakieś dziadostwo. Wchodząc do domu dostrzegłem szczerzącego sie w moim kierunku Franka. Uwielbiałem ten jego uśmiech. Był taki... szczery i uroczy jednocześnie.
-Coś sie stało?-spytałem
-Mam nowine-poinformował mnie
No tak. Nie rzuci konkretem, tylko będzie robił z tego jakąś tajemnice. Poszedł w strone kuchni, a ja po chwili ruszyłem za nim. Było tak.. romantycznie? Nie, to złe określenie. Czy szarlotke z piekarni obok i puszke coli można nazwać romantyczną kolacją? No, ale nie czepiajmy sie.
-Co to za nowina?-zniecierpliwiłem sie
-Jedziemy z chłopakami zagrać koncert gdzieś tam za granicą!-krzyknął-Tylko jest problem... Matt mówił że nie będzie nas z tydzień
-Kochanie, rozwijaj kariere! Ja będe musiał zostać, bo mnie w pracy zawalili robotą...-odparłem i mocno przytuliłem
Byłem z niego dumny. Musiał jechać, nie zwracając uwagi na mnie. Tydzień szybko zleci.

* * *

Wszystko spierdoliłem. Po co ja jeszcze żyje? Po to żeby ranić innych? Żeby wszystkim których kocham zadawać ból? Jeżeli tak ma wyglądać moje życie, to wole nie żyć. Wole leżeć w jakimś zapomnianym grobie. Chociaż, nawet jeśli będe martwy to moje czyny będą w pamięci innych osób. Ale przynajmniej nie będe musiał obserwować ich cierpienia. Tego jak powoli umierają od środka. Tego jak powoli umiera w nich zapał do życia i wszelka radość. Ale najbardziej boli świadomość, że to twoja wina. Że ty sie przyczyniłeś do całej tej sytuacji.

środa, 20 marca 2013

IX. "Would you carry me to the end?"

Pam Pam Pam...
Panie i panowie, gratulujcie mi xd Udało mi sie przepisać to badziewie :D
Z dedykacją dla mojej Olki <3 Wiem że kochasz romantyczne fragmenty :3
Nadal obawiam sie, że akcja za szybko się rozkręca, no ale tak w życiu bywa... xd
A no i ten tego... dziękuje za wyświetlenia *u*
W ciągu ponad tygodnia zdobyłam aż 630 wyświetleń :D 
__________________________  



Frank

Byliśmy już razem rok. Tak, calusieńki rok. Nawet nie zauważyłem kiedy to zleciało.
Kiedy sie obudziłem, usłyszałem jakieś kroki po pokoju. Gerard pewnie już wstał, a ja będe sie wylegiwał.
-Frankie, wiem że nie śpisz-usłyszałem-Wstawaj, dzisiaj walentynki
Walentynki? Nigdy nie lubiłem tego święta. Może dlatego, że nie miałem go z kim spędzać.  Przysiadł na łóżku i zaczął mnie głaskać po policzku.
-Wstaniesz?-spytał
Mruknąłem coś w stylu "Daj mi pospać" i odwróciłem sie na drugi bok. Nie że nie chciałem spędzać z z nim walentynek... Po porostu nie chciało mi sie wstawać. Grawitacja ma to do siebie, że rano jest silniejsza.
-Są walentynki, a ty nie spędzisz tego święta w łóżku-usłyszałem i poczułem, że Gerard podnosi mnie na rękach-Chyba że ze mną
-Ok, wstaje. Tylko mnie postaw-poprosiłem
Posłusznie odstawił mnie na ziemie. Poszliśmy do kuchni. Na blacie stołu leżało pudełeczko w kształcie serca z czekoladkami.
-Dziękuje skarbie-powiedziałem przytulając sie do niego
-To nie koniec niespodzianek-uśmiechnął sie
-Cholera, chłopacy wymyślili se próbe-przypomniało mi sie-Będe w domu koło 17
-Nie ma problemu-nadal nie tracił uśmiechu
Z próby udało mi sie zwinąć koło 16:30.
Wślizgnąłem sie do domu. Ciemność. Zajebiście, Gerarda nie ma. Chciałem go zaskoczyć, że wracam tak wcześnie a tu dupa. Poszedłem do kuchni zrobić sobie kawe i wtedy odkryłem kolejną niespodzianke.
Stół był przykryty czerwonym obrusem, na nim były porozkładane talerze, sztućce i zapalone świeczki. Gerard przytulił sie do mnie od tyłu, całując w szyje.
-Szczęśliwych walentynek kochanie-usłyszałem
Odwróciłem sie i stanąłem na palcach. Cmoknął mnie w usta i uśmiechnął sie szatańsko. Długo wpatrywał sie w moje oczy. Musze przyznać, ale uwielbiałem te jego oczy. To jego spojrzenie i rozszerzające sie źrenice kiedy na mnie patrzy. Spojrzałem na jego usta. Usta, które smakowały tak słodko i które tyle razy muskały moje. To jest definicja szczęścia. Mojego szczęścia. Chce aby było tak zawsze. Już do końca świata. Po długim wpatrywaniu sie w jego usta, w końcu nasze wargi dotknęły sie. Delikatnie sie dotykały, ale w końcu pocałunek przerodził sie w coś namiętnego. Wsunął ręce pod moją koszulke. Poczułem przyjemny chłód jego rąk. W końcu po przynajmniej 5 minutowym pocałunku odkleił sie ode mnie.
-Chodź zjeść-uśmiechnął sie  
Na kolacje przygotował spaghetti i lampke wina.
Po romantycznej kolacji poszedłem do łazienki, a Gerard powiedział że będzie w sypialni. W łazience ogarnąłem troche włosy. Co jeżeli Gerard chce czegoś więcej? Jeżeli chce to zrobić? W sypialni czekała na mnie kolejna niespodzianka. Dużo świeczek, łóżko obsypane płatkami róż i do tego z odtwarzacza usłyszałem Nirvane-All Apologies. Stałem przez chwile taki zaskoczony. On to wszystko przygotował dla mnie. Dla nas. Leżał na łóżku z nogami ugiętymi w kolanach i czekał na jakąś moją reakcje.
W końcu położyłem sie między jego nogami i pozwoliłem aby nasze usta złączyły sie w namiętnym pocałunku.
-Kocham cie-powiedziałem
-Ja ciebie też-uśmiechnął sie
-Na zawsze razem?
-Na zawsze i jeszcze dłużej
Nie lubie słowa "zawsze". Zawsze, to bardzo długi okres czasu. Ale wierzyłem mu.
Powoli zaczął rozpinać mi pasek. Chwilowo zawahałem sie, ale w końcu dałem mu do zrozumienia że może działać dalej.
Zrobiliśmy to. Dlatego te walentynki zapamiętam na zawsze.

wtorek, 19 marca 2013

VIII. "Can I be the only hope for you, because you're the only hope for me"

Na wstępie pragnę powiedzieć, że nie jestem w pełni zadowolona z tego rozdziału :P Okaże sie że z Gerarda jest troskliwa matka xd Nie no, nie nabijam sie z Gerdzia <3
Rozdział z dedykacją dla Olki, która zarzuciła mi ten pomysł :* Kocham cie :D Boje sie co ta twoja główka jeszcze skrywa xd
I z dedykacją dla Fun Puppy (wiedz że czekam na kolejny rozdział potworze :3 :*)
No to chyba tyle :3 
Od razu zapowiadam, że kolejny rozdział jest w połowie napisany i jeżeli uda mi sie całe to badziewie przepisać to dodam to jutro. 
_________________________________



Gerard

W godzine udało mi sie pozbierać najważniejsze rzeczy. Miałem rozpocząć nowe życie z Frankiem. Nowe życie bez alkoholu i Lindsey. A Frank był dla mnie jedyną nadzieją. Kto by pomyślał że życie da mi taką szanse? Na pewno jej nie zmarnuje. Ok, zazwyczaj szanse przechodziły mi obok nosa, ale teraz czegoś sie nauczyłem.
Siedziałem przed kominkiem i patrzyłem na płonące rzeczy Lindsey. Wreszcie pozbywam się z czystym sercem tego badziewia. Spojrzałem w strone barku. Nie. Kończymy z tym. Już nie potrzebuje alkoholu do szczęścia.
Szedłem z walizką w strone domu Franka, kiedy zaczęło padać.
-Kurwa-przeklnąłem pod nosem
Gdy doszedłem pod dom Franka byłem już cały mokry.
-Boże, jak ty wyglądasz?!-przeraził sie wpuszczając mnie do środka
Można sie domyślić. Przemoknięta kura. Czarne włosy lepią sie lub odstają z każdej strony. Poszedłem sie przebrać, a Frank przyniósł jakiś koc żebym sie ogrzał. Miłe uczucie kiedy ktoś stara sie, aby nic ci sie nie stało i abyś czuł sie jak najlepiej. Ciesze sie że go poznałem. Gdyby nie on pewnie nadal upijałbym sie tęskniąc za Lindsey. Frank przyniósł mi kubek kawy i przytulił sie do mnie aby mnie ogrzać.
-Skarbie, musze iść na próbe-poinformował  mnie
-W porządku-uśmiechnąłem sie i pocałowałem go w policzek
Kiedy wyszedł, nie miałem zbytnio co robić. Zacząłem spacerować po domu. Mimo tego, że nie powinienem pogrzebałem troche w jego rzeczach. Znalazłem między innymi notatnik z piosenkami i albumy ze zdjęciami. Jakaś sterta rysunków. Większość to były różne zwykłe rzeczy na przykład szklanka z wodą czy coś, jednak kilka ostatnich mnie zaskoczyło. Przedstawiały mnie, albo nas razem. To było urocze.Nawet nie wiedziałem, że Frank też lubi rysować. No i ma talent.
Zastanowiłem sie jak to będzie w przyszłości. Moi rodzice poznali Lindsey i bardzo ją polubili, ale Franka nie mógłbym im przedstawić. Nigdy by nie zaakceptowali, że jestem innej orientacji. No chyba, że na łożu śmierci. Boże, o czym ja gadam? Tak czy siak, bałbym sie jak cholera. I tak nigdy mnie nie tolerowali. Codziennie słyszałem jakieś głupie docinki z ich strony, "Gerard, weź sie przebierz bo wyglądasz jak jakiś pedał" i wiele innych. Dlatego cieszyłem sie, że wreszcie sie od nich wyprowadzam. No, ale zobaczymy jak to będzie.
Siedziałem tak i myślałem, kiedy usłyszałem telefon. Frankie. Powiedział że jest w szpitalu. Wracając z próby delikatnie potrąciło go auto, ale nic poważnego mu nie jest. Boże święty, myślałem że zejde na zawał. Jeżeli mojemu misiaczkowi coś by sie stało...  Szybko ubrałem buty i kurtke i ruszyłem w strone szpitala. Nie zwracałem uwagi na ten cholerny deszcz i kałuże. Przeciętnie ta droga trwałaby z 25 minut, ale w moim morderczym, tempie i narażaniem życia na przejściach dla pieszych, udało mi sie dojść w ciągu 13 minut. W recepcji wytłumaczono mi gdzie mam się udać. Siedziałem pod drzwiami które wskazał mi jeden z lekarzy i w ciągu dalszym schodziłem na zawał.Wpatrywałem sie w te białe ściany, przechodzących ludzi i dosłownie wszystko, żeby tylko sie czymś zająć. Czas jak na złość, leciał bardzo powoli, tak jakby ktoś go spowolnił.
-Może pan do niego wejść-powiedziała w końcu pielęgniarka
Szybko wszedłem do pomieszczenia. Frankie leżał na łóżku z nogą w gipsie i na pierwszy rzut oka to tyle.Kiedy sie przyjrzałem, dostrzegłem jeszcze kilka potłuczeń i siniaków.
-Jezu, Frank-westchnąłem
-Gerard!-ucieszył sie-Mówiłem że nic mi nie jest
-Kurde, myślałem że umre!
Przysiadłem obok niego i chwyciłem jego dłoń. Spojrzał na nasze trzymające się ręce.
-Może puść, jeszcze ktoś coś pomyśli-stwierdził
-Niech se myślą co chcą. Pieprzy mnie zdanie innych!
Lekarz powiedział, że nic mu nie jest, że miał wiele szczęścia i że dzisiaj wypuszczą go do domu.
W domu było dość sporo problemów, głównie dlatego, że chyba wszędzie były schody. Wejść do domu to jeszcze nie problem, bo to marne 3 schodki, ale dostać sie do sypialni?! Przynajmniej 10 schodów! Dobra, niepotrzebnie siałem panike. Delikatnie wziąłem go na ręce.
-Co ty robisz?-zaśmiał sie-A jak mnie upuścisz?
-Zaufaj mi
Wniosłem go po schodach i z kopniaka otworzyłem drzwi do sypialni. Położyłem go na łóżku, a sam przysiadłem obok.
-Jak ty to w ogóle zrobiłeś?-spytałem
-No bo kurde jakiś kretyn jechał!-odpowiedział-Głodny jestem...
Jak zwykle. Frank w takiej chwili, kiedy ja umieram ze strachu czy przypadkiem coś mu sie nie stało, musi jeść. 
-Co chcesz?
-Ciebie-uśmiechnął sie szeroko
-To potem-mrugnąłem do niego
-No to... Pizze
-A coś co szybciej będe mógł przygotować?-zniecierpliwiłem sie
-Grr-mruknął-Naleśniki?
-I to rozumiem
-A potem ciebie
-Potem-uśmiechnąłem sie
Pochyliłem sie nad nim i pocałowałem go w czoło. Jak dobrze, że nic mu sie nie stało. 
Przyniosłem mu do łóżka gotowe naleśniki.
-Będziesz mi tak wszystko do łóżka przynosił?-zdziwił sie, a ja przytaknąłem głową
Obserwowałem jak je, co najwyraźniej mu nie odpowiadało. Chwila, on tego nie jadł, on to pochłaniał. Taki drobny, a tyle je. I potem sie dziwić że w lodówce prawie nic nie ma.   
 

poniedziałek, 18 marca 2013

VII. "I see you lying next to me, with words I thought I'd never speak"



 Ten rozdział jest taki dość krótki, ale mam nadzieje, że wystarczająco romantyczny :3
Postanowiłam sie skupić na tych przemyśleniach Franka, ale nie wiem czy wyszło tak jak chciałam xd 
Dziękuje za wszystkie te wyświetlenia :D 
_________________________________________________

Frank

Nie wierzyłem w to co sie sie stało. Gerard przyszedł do mnie i wyznał mi miłość. Pewnie sie okaże że to tylko sen. Tak, na pewno zaraz sie obudze.
-Zrobić ci coś do picia?-usłyszałem z kuchni. Chciałem wstać ale zakręciło mi sie w głowie. No tak, nie jadłem nic od kilku dni.
-Frank, wszystko w porządku?
Szybko przyszedł z kuchni do pokoju i przysiadł obok mnie. Objął mnie delikatnie ramieniem, tak jakby sie bał, że połamie mi kości.
-Połóż sie, a ja zrobie ci kanapke-uśmiechnął sie
Chłopak przez którego jeszcze niedawno płakałem, teraz robił dla mnie w kuchni jedzienie. I do tego był mój. Był cały dla mnie. Spojrzałem na zegar. 23:27. Był tu już przynajmniej 4 godziny. Znowu przysiadł obok z talerzem.
-Gerard?-zacząłem
-Hm?
-Mógłbyś... mógłbyś zostać ze mną?
-Jeśli tylko chcesz-powiedział podając mi talerz
Pierwszy raz w życiu byłem naprawdę szczęśliwy. Siedziałem obok osoby która mnie kocha i która chce mi pomóc. Jeszcze kilka godzin temu chciałem sie zabić. A teraz? Teraz chce żyć. Żyć z nim. Czuć, że jest blisko. Że jest mój.
Przygotował mi łóżko i pomógł do niego dojść. Przez to że był tu ze mną od razu czułem sie lepiej. Przysiadł na krawędzi łóżka i delikatnie głaskał mnie po policzku.
-Położysz sie?-spytałem
Położył sie obok, obejmując mnie ramieniem. Przy nim byłem bezpieczny. I bezgranicznie szczęśliwy. Spojrzałem jeszcze raz na rany. Nie byłem z siebie dumny. Ból likwidował smutek. Śmierć likwidowała wszystko. Ale to życie dawało nadzieje i szanse. A ja właśnie ją otrzymałem. Leżał obok mnie, Wśród słów, których myślałem, że nigdy nie wymówię. Jestem gotowy rozpocząć nowe życie. Z nim.
-Śpisz?-spytał szeptem
-Jeszcze nie-odpowiedziałem ziewając
-Zaśpiewać ci do snu?
-Tak
- When the lights go out Will you take me with you? And carry all this broken bone. If you stay I would even wait all night Or until my heart explodes How long? Until we find our way In the dark and out of harm You can runaway with me Anytime you want (Po polsku:  Gdy zgasną światła Czy weźmiesz mnie ze sobą? I przeniesiesz te wszystkie połamane kości. Jeśli zostaniesz, Będę czekać nawet całą noc Lub nim moje serce eksploduje Jak długo? Zanim znajdziemy naszą drogę W ciemności i z dala od krzywd Możesz ze mną uciec Kiedy tylko zechcesz)
Zasnąłem w jego ramionach.
Kiedy sie obudziłem, nie było go przy mnie. Sen. Po prostu sen. Do moich oczu napłynęły łzy. Zbyt piękny sen, aby mógł być prawdziwy.
-Hej, co sie stało?-usłyszałem i ktoś przysiadł koło łóżka
Gerard. On tu był. Całą noc był ze mną. Zignorowałem pytanie i mocno go uścisnąłem. Zaskoczyło go to, ale po chwili odwzajemnił uścisk. Podał mi kubek z kawą.
-Ktoś do ciebie dzwonił-powiedział
-Pewnie chłopaki z zespołu-stwierdziłem-Gerard...Co mi wczoraj śpiewałeś?
-Hm? A tak mnie nagle naszło-uśmiechnął sie-Prosto z serca skarbie
Skarbie? Miłe uczucie kiedy ktoś cie tak nazywa. Wcześniej mówiła tak na mnie tylko mama. A teraz... mój ukochany. Mój ukochany który był ze mną całą noc.
Upiłem łyk kawy.
-Frank..-zaczął-Czy mógłbym z tobą zamieszkać? Boje sie, że nadal będe pił... I po prostu chce być z tobą w każdej chwili
-Jasne że możesz-ucieszyłem sie
-Pójde po swoje rzeczy. Ogarnij sie i oddzwoń do tego kogoś-uśmiechnął sie-A i uważaj na siebie-podszedł i pocałował mnie w czoło-Jak co to dzwoń, wróce natychmiast.
Kiedy wyszedł, poszedłem do kuchni . Przecież ja nawet nie mam jego numeru. Wziąłem do ręki telefon. 6 nieodebranych połączeń od Matta. Przy okazji rzucił mi sie w oczy nowy kontakt. "Ten na zawsze". Gerard.
Zadzwoniłem do Matta.
-Cholera, Frank!! Co sie dzieje?!!
-Przepraszam, miałem ze sobą małe problemy, ale już wszystko ok.
-Martwiliśmy sie. Dasz rade przyjść dzisiaj na próbe o 15?
-Tak, raczej tak.